Deloitte: koszty i przystosowanie się do wymagań rynku to trendy ochrony zdrowia

Autor:
21 marca 2015

Najważniejsze globalne trendy dla sektora ochrony zdrowia w 2015 roku, według raportu Deloitte, to presja kosztowa, przystosowanie się do wymagań rynku, w tym wymagań rządów, postęp technologiczny oraz innowacje cyfrowe; wykorzystaniu technologii medycznych oraz procesów zarządzania danymi oraz regulacje i obszar compliance (zapewnienie zgodności działalności z normami i prawem), w tym ochrona danych.

W latach 2014-2018 prognozowany średni wzrost wydatków na ochronę zdrowia na świecie wyniesie 5,2 procent rocznie. Już teraz wydatki te pochłaniają 10,6 procent globalnego PKB. Tak znaczące zwiększenie środków przeznaczanych na ochronę zdrowia to nie tylko rezultat rosnących potrzeb zdrowotnych coraz większej rzeszy osób starszych oraz nakładów na nowe technologie i innowacje.

Coraz większą rolę odgrywa także rozwój rynków wschodzących. Jak jednak wynika z corocznego raportu firmy doradczej Deloitte „2015 Global health care outlook. Common goals, competing priorities” wciąż największy wpływ na kondycję światowej służby zdrowia mają presja kosztowa i konieczność cięcia wydatków rządowych.

Eksperci Deloitte oceniają, że w perspektywie trzech najbliższych lat globalny poziom wydatków na opiekę zdrowotną ponoszonych przez państwo będzie systematycznie wzrastał średnio o 5,2 procent rocznie, osiągając w 2018 roku rekordową sumę 9,3 biliona dolarów.

Największy wzrost wydatków sięgający 8,7 procent rocznie spodziewany jest w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Dla porównania znacznie mniejsze tempo zwiększenia wydatków na służbę zdrowia przewidywane jest w Ameryce Północnej (4,9 procent) oraz w Europie Zachodniej (2,4 procent).

Dużej zmianie ulega struktura demograficzna społeczeństwa. Średnia długość życia ciągle ulega wydłużeniu - w 2013 roku było to 72,7 lat, w 2018 roku będzie to już o rok dłużej. Społeczeństwa się starzeją - w latach 1980-2010 odsetek osób w wieku 60 lat oraz powyżej wynosił na świecie 2,4 procent, w ciągu trzech kolejnych dekad będzie to już 7,6 procent. W 2018 roku liczba osób powyżej 65. roku życia wyniesie 580 mln, czyli ponad 10 procent całej światowej populacji.

W Europie Zachodniej czy Japonii odsetek ten będzie jeszcze wyższy i sięgnie odpowiednio 20 i 28 procent. Problem starzejącego się społeczeństwa wymaga zwiększenia wydatków na leczenie chorób przewlekłych, w tym nowotworów i chorób układu krążenia. Już w 2008 roku przyczyną aż 63 procent zgonów nie były choroby zakaźne. Dodatkowo w ciągu następnych dziesięciu lat liczba zgonów wynikających z cukrzycy wzrośnie o ponad połowę. W tej chwili najwięcej diabetyków jest w Chinach i Indiach (odpowiednio 98 i 65 mln ludzi). Nadal dużym problemem jest także palenie papierosów. Z tego powodu do 2020 roku umrze na świecie 7,5 mln ludzi (10 procent wszystkich zgonów).

O zwiększeniu nakładów na opiekę zdrowotną decyduje także bogacenie się społeczeństw. Ludzie lepiej sytuowani oczekują lepszej jakości usług oraz bardziej dbają o swoje zdrowie, a co za tym idzie częściej korzystają z opieki zdrowotnej.

- Do 2018 roku liczba gospodarstw domowych o dochodach większych niż 25 tys. dolarów rocznie wzrośnie na całym świecie o 30 procent do 570 mln. Połowa tego wzrostu przypadnie na Azję. Teoretycznie to powinno wpłynąć na wzrost wydatków na służbę zdrowia. Jednak obecnie paradoksalnie na ten trend silnie nakłada się presja kosztowa dlatego wzrost wydatków w skali globu nie będzie tak duży jak oczekują tego zamożni pacjenci – wyjaśnia Piotr Świętochowski, dyrektor w Dziale Audytu, Ekspert ds. Sektora Farmaceutycznego i Opieki Zdrowotnej, Deloitte.

Skalę wydawanych środków być może udałoby się zmniejszyć, gdyby większą wagę przywiązywano do walki z nadużyciami i oszustwami w służbie zdrowia. W 2009 roku aż 30 procent wydatków na opiekę medyczną w USA (750 mld dolarów) przeznaczono na niepotrzebne usługi. Źródłem presji kosztowej są przede wszystkim rządy, które są głównym, a w wielu krajach jedynym fundatorem opieki zdrowotnej. Coraz częściej o kontroli wydatków mówią także firmy farmaceutyczne czy też dostawcy usług medycznych.

Drugim, po presji kosztowej trendem, który ma wpływ na globalną służbę zdrowia jest przystosowanie się do wymagań rynku, w tym wymagań rządów. Mają one coraz większy wpływ nie tylko na wysokość środków przeznaczanych na służbę zdrowia, ale także na jej jakość. Coraz większą ich rolę widać także, m.in. w promowaniu leków generycznych i zastępowaniu nimi leków innowacyjnych, których patenty wygasły. Raport Deloitte wymienia w tym kontekście rządy Polski, Japonii, Włoch, Hiszpanii oraz Francji. W Polsce udział w sprzedaży leków generycznych sięga prawie 60 procent i jest to jeden z najwyższych wskaźników w Unii Europejskiej. Większość z nich produkują polskie firmy, niektóre wprowadzają do obrotu tylko kilka leków i opierają swoją działalność na konkurencji cenowej.

Coraz częstszym problemem, zwłaszcza na rynkach wschodzących, jest brak odpowiednio wykwalifikowanego personelu medycznego. W tym roku na świecie na tysiąc mieszkańców przypadnie zaledwie 1,7 lekarza i w ciągu trzech kolejnych lat nie przewidywane są pod tym względem żadne zmiany. Najgorzej pod tym względem wypada Republika Południowej Afryki (0,6 lekarza na tysiąc mieszkańców) oraz Azja Płd.-Wsch. (2,1 lekarza na tysiąc mieszkańców). Indie już dziś potrzebują 1,54 mln lekarzy i 2,4 mln pielęgniarek. Podobne różnice pomiędzy poszczególnymi regionami dotyczą także dostępu do łóżek szpitalnych. W USA na tysiąc mieszkańców przypada ich 2,9, tyle samo co w Wielkiej Brytanii. W Niemczech jest to już 7,3 łóżek na tysiąc mieszkańców, a we Francji i Polsce  6,5.

Trendem, który ma coraz większy wpływ na sektor ochrony zdrowia jest postęp technologiczny oraz innowacje cyfrowe. Widoczne są one szczególnie w diagnostyce oraz leczeniu pacjentów. Wystarczy wspomnieć o drukarkach 3D pomocnych między innymi w transplantologii, Internecie Rzeczy, Big Data czy m-zdrowiu (wykorzystanie telefonów komórkowych i aplikacji mobilnych w ochronie zdrowia). Jak wskazuje raport Deloitte smartfony mogą zyskać duże znaczenie w opiece zdrowotnej szczególnie w regionach, w których brakuje lekarzy i punktów opieki zdrowotnej, takich jak Afryka, Indie czy Chiny. Już w 2012 roku telemedycyna była warta 14,2 mld dolarów. W latach 2014-2018 jej wzrost szacowany jest na 18,5 procent rocznie.

Jak jednak zauważają eksperci Deloitte zaawansowany technologicznie system ochrony zdrowia będzie wytwarzał ogromne ilości informacji i danych, w związku z tym bardzo istotnym zadaniem będzie nie tylko ich interpretacja i wykorzystanie, ale także odpowiednie zabezpieczenie. Stąd rośnie waga działania zgodnie z regulacjami i obszaru compliance.

Innym zagadnieniem, które stanowi kolejne wyzwanie dla technologii informacyjnych w ochronie zdrowia, jest interoperacyjność systemów IT.

- Dynamiczny rozwój zastosowań technologii informacyjnych w kluczowych obszarach działalności podmiotów systemu ochrony zdrowia, w tzw. części białej i szarej oznacza nie tylko wzrost wolumenów danych przetwarzanych przez te podmioty przy udziale beneficjentów tego systemu, ale również coraz bardziej złożoną strukturę i zależność informacji przekazywanych i (docelowo) współdzielonych pomiędzy poszczególnymi jednostkami systemu. Podejmowane są działania zmierzające do osiągnięcia odpowiedniego poziomu tzw. interoperacyjności organizacyjnej, semantycznej i technicznej, zarówno w skali lokalnej (np. pomiędzy poszczególnymi podmiotami systemu) jak i globalnej (np. regionalnej czy krajowej). W każdym kraju, w tym w Polsce (na przykład w ramach programów operacyjnych PO IG, PO PC, RPO) podejmowane i realizowane są trudne i ryzykowne przedsięwzięcia, mające na celu wypracowanie standardów, zunifikowanie sposobów współdziałania i przezwyciężenia barier w wymianie usług i informacji pomiędzy jednostkami systemu ochrony zdrowia – mówi Krzysztof Jakubowski, starszy menedżer w Dziale Doradztwa Biznesowego i Technologicznego Deloitte.

Cały raport jest dostępny na stronie Deloitte.
 

Najważniejsze globalne trendy dla sektora ochrony zdrowia w 2015 roku, według raportu Deloitte, to presja kosztowa, przystosowanie się do wymagań rynku, w tym wymagań rządów, postęp technologiczny oraz innowacje cyfrowe; wykorzystaniu technologii medycznych oraz procesów zarządzania danymi oraz regulacje i obszar compliance (zapewnienie zgodności działalności z normami i prawem), w tym ochrona danych.

W latach 2014-2018 prognozowany średni wzrost wydatków na ochronę zdrowia na świecie wyniesie 5,2 procent rocznie. Już teraz wydatki te pochłaniają 10,6 procent globalnego PKB. Tak znaczące zwiększenie środków przeznaczanych na ochronę zdrowia to nie tylko rezultat rosnących potrzeb zdrowotnych coraz większej rzeszy osób starszych oraz nakładów na nowe technologie i innowacje.

Coraz większą rolę odgrywa także rozwój rynków wschodzących. Jak jednak wynika z corocznego raportu firmy doradczej Deloitte „2015 Global health care outlook. Common goals, competing priorities” wciąż największy wpływ na kondycję światowej służby zdrowia mają presja kosztowa i konieczność cięcia wydatków rządowych.

Eksperci Deloitte oceniają, że w perspektywie trzech najbliższych lat globalny poziom wydatków na opiekę zdrowotną ponoszonych przez państwo będzie systematycznie wzrastał średnio o 5,2 procent rocznie, osiągając w 2018 roku rekordową sumę 9,3 biliona dolarów.

Największy wzrost wydatków sięgający 8,7 procent rocznie spodziewany jest w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Dla porównania znacznie mniejsze tempo zwiększenia wydatków na służbę zdrowia przewidywane jest w Ameryce Północnej (4,9 procent) oraz w Europie Zachodniej (2,4 procent).

Dużej zmianie ulega struktura demograficzna społeczeństwa. Średnia długość życia ciągle ulega wydłużeniu – w 2013 roku było to 72,7 lat, w 2018 roku będzie to już o rok dłużej. Społeczeństwa się starzeją – w latach 1980-2010 odsetek osób w wieku 60 lat oraz powyżej wynosił na świecie 2,4 procent, w ciągu trzech kolejnych dekad będzie to już 7,6 procent. W 2018 roku liczba osób powyżej 65. roku życia wyniesie 580 mln, czyli ponad 10 procent całej światowej populacji.

W Europie Zachodniej czy Japonii odsetek ten będzie jeszcze wyższy i sięgnie odpowiednio 20 i 28 procent. Problem starzejącego się społeczeństwa wymaga zwiększenia wydatków na leczenie chorób przewlekłych, w tym nowotworów i chorób układu krążenia. Już w 2008 roku przyczyną aż 63 procent zgonów nie były choroby zakaźne. Dodatkowo w ciągu następnych dziesięciu lat liczba zgonów wynikających z cukrzycy wzrośnie o ponad połowę. W tej chwili najwięcej diabetyków jest w Chinach i Indiach (odpowiednio 98 i 65 mln ludzi). Nadal dużym problemem jest także palenie papierosów. Z tego powodu do 2020 roku umrze na świecie 7,5 mln ludzi (10 procent wszystkich zgonów).

O zwiększeniu nakładów na opiekę zdrowotną decyduje także bogacenie się społeczeństw. Ludzie lepiej sytuowani oczekują lepszej jakości usług oraz bardziej dbają o swoje zdrowie, a co za tym idzie częściej korzystają z opieki zdrowotnej.

– Do 2018 roku liczba gospodarstw domowych o dochodach większych niż 25 tys. dolarów rocznie wzrośnie na całym świecie o 30 procent do 570 mln. Połowa tego wzrostu przypadnie na Azję. Teoretycznie to powinno wpłynąć na wzrost wydatków na służbę zdrowia. Jednak obecnie paradoksalnie na ten trend silnie nakłada się presja kosztowa dlatego wzrost wydatków w skali globu nie będzie tak duży jak oczekują tego zamożni pacjenci – wyjaśnia Piotr Świętochowski, dyrektor w Dziale Audytu, Ekspert ds. Sektora Farmaceutycznego i Opieki Zdrowotnej, Deloitte.

Skalę wydawanych środków być może udałoby się zmniejszyć, gdyby większą wagę przywiązywano do walki z nadużyciami i oszustwami w służbie zdrowia. W 2009 roku aż 30 procent wydatków na opiekę medyczną w USA (750 mld dolarów) przeznaczono na niepotrzebne usługi. Źródłem presji kosztowej są przede wszystkim rządy, które są głównym, a w wielu krajach jedynym fundatorem opieki zdrowotnej. Coraz częściej o kontroli wydatków mówią także firmy farmaceutyczne czy też dostawcy usług medycznych.

Drugim, po presji kosztowej trendem, który ma wpływ na globalną służbę zdrowia jest przystosowanie się do wymagań rynku, w tym wymagań rządów. Mają one coraz większy wpływ nie tylko na wysokość środków przeznaczanych na służbę zdrowia, ale także na jej jakość. Coraz większą ich rolę widać także, m.in. w promowaniu leków generycznych i zastępowaniu nimi leków innowacyjnych, których patenty wygasły. Raport Deloitte wymienia w tym kontekście rządy Polski, Japonii, Włoch, Hiszpanii oraz Francji. W Polsce udział w sprzedaży leków generycznych sięga prawie 60 procent i jest to jeden z najwyższych wskaźników w Unii Europejskiej. Większość z nich produkują polskie firmy, niektóre wprowadzają do obrotu tylko kilka leków i opierają swoją działalność na konkurencji cenowej.

Coraz częstszym problemem, zwłaszcza na rynkach wschodzących, jest brak odpowiednio wykwalifikowanego personelu medycznego. W tym roku na świecie na tysiąc mieszkańców przypadnie zaledwie 1,7 lekarza i w ciągu trzech kolejnych lat nie przewidywane są pod tym względem żadne zmiany. Najgorzej pod tym względem wypada Republika Południowej Afryki (0,6 lekarza na tysiąc mieszkańców) oraz Azja Płd.-Wsch. (2,1 lekarza na tysiąc mieszkańców). Indie już dziś potrzebują 1,54 mln lekarzy i 2,4 mln pielęgniarek. Podobne różnice pomiędzy poszczególnymi regionami dotyczą także dostępu do łóżek szpitalnych. W USA na tysiąc mieszkańców przypada ich 2,9, tyle samo co w Wielkiej Brytanii. W Niemczech jest to już 7,3 łóżek na tysiąc mieszkańców, a we Francji i Polsce  6,5.

Trendem, który ma coraz większy wpływ na sektor ochrony zdrowia jest postęp technologiczny oraz innowacje cyfrowe. Widoczne są one szczególnie w diagnostyce oraz leczeniu pacjentów. Wystarczy wspomnieć o drukarkach 3D pomocnych między innymi w transplantologii, Internecie Rzeczy, Big Data czy m-zdrowiu (wykorzystanie telefonów komórkowych i aplikacji mobilnych w ochronie zdrowia). Jak wskazuje raport Deloitte smartfony mogą zyskać duże znaczenie w opiece zdrowotnej szczególnie w regionach, w których brakuje lekarzy i punktów opieki zdrowotnej, takich jak Afryka, Indie czy Chiny. Już w 2012 roku telemedycyna była warta 14,2 mld dolarów. W latach 2014-2018 jej wzrost szacowany jest na 18,5 procent rocznie.

Jak jednak zauważają eksperci Deloitte zaawansowany technologicznie system ochrony zdrowia będzie wytwarzał ogromne ilości informacji i danych, w związku z tym bardzo istotnym zadaniem będzie nie tylko ich interpretacja i wykorzystanie, ale także odpowiednie zabezpieczenie. Stąd rośnie waga działania zgodnie z regulacjami i obszaru compliance.

Innym zagadnieniem, które stanowi kolejne wyzwanie dla technologii informacyjnych w ochronie zdrowia, jest interoperacyjność systemów IT.

– Dynamiczny rozwój zastosowań technologii informacyjnych w kluczowych obszarach działalności podmiotów systemu ochrony zdrowia, w tzw. części białej i szarej oznacza nie tylko wzrost wolumenów danych przetwarzanych przez te podmioty przy udziale beneficjentów tego systemu, ale również coraz bardziej złożoną strukturę i zależność informacji przekazywanych i (docelowo) współdzielonych pomiędzy poszczególnymi jednostkami systemu. Podejmowane są działania zmierzające do osiągnięcia odpowiedniego poziomu tzw. interoperacyjności organizacyjnej, semantycznej i technicznej, zarówno w skali lokalnej (np. pomiędzy poszczególnymi podmiotami systemu) jak i globalnej (np. regionalnej czy krajowej). W każdym kraju, w tym w Polsce (na przykład w ramach programów operacyjnych PO IG, PO PC, RPO) podejmowane i realizowane są trudne i ryzykowne przedsięwzięcia, mające na celu wypracowanie standardów, zunifikowanie sposobów współdziałania i przezwyciężenia barier w wymianie usług i informacji pomiędzy jednostkami systemu ochrony zdrowia – mówi Krzysztof Jakubowski, starszy menedżer w Dziale Doradztwa Biznesowego i Technologicznego Deloitte.

Cały raport jest dostępny na stronie Deloitte.
 

Inne artykuły

Wesołych Świąt Wielkanocnych życzą Pracodawcy Medycyny Prywatnej!

Autor: Medycyna Prywatna
Dodano: 2.04.2026

Szanowni Państwo,

z okazji Świąt Wielkanocnych składamy Państwu najserdeczniejsze życzenia zdrowia, spokoju oraz nadziei płynącej z budzącej się do życia wiosny. Niech ten wyjątkowy czas przyniesie wytchnienie, sprzyja refleksjom oraz pozwoli nabrać sił do realizacji kolejnych wyzwań zawodowych. Niech będzie również okazją do spotkań w gronie najbliższych, umacniania relacji i czerpania radości z prostych, ale ważnych chwil. Życzymy, aby towarzysząca mu atmosfera życzliwości i wzajemnego wsparcia pozostała z Państwem na długo, także w życiu zawodowym.

Z wyrazami szacunku
Zarząd
Pracodawców Medycyny Prywatnej

Przeczytaj teraz

To nie jajka są problemem Wielkanocy. Dietetyczka: Polacy bardziej szkodzą sobie tym, co kładą obok

Autor: Medycyna Prywatna
Dodano: 30.03.2026

Jajka od lat są jednym z dietetycznych grzechów głównych na wielkanocnym stole, ale zdaniem dietetyków problemem nie jest sam produkt, tylko sposób, w jaki go podajemy. To nie jajko najbardziej obciąża organizm, lecz połączenie tłustych dodatków, dokładek i wielogodzinnego biesiadowania. Jajka same w sobie są cennym produktem, źródłem pełnowartościowego białka, witamin i składników mineralnych. Dietetyczka enel-med wyjaśnia, jak jeść świąteczne potrawy z głową, bez wyrzeczeń, ale też bez przeciążania organizmu.

Wokół wielkanocnego stołu co roku wracają te same pytania: czy jajka podnoszą cholesterol, czy sałatka jarzynowa z majonezem to zły wybór i czy po świętach trzeba „odpokutować” dietą. Tymczasem z perspektywy dietetycznej problem zwykle nie leży w jednym produkcie, ale w całym świątecznym zestawie. Jajka same w sobie mogą być wartościowym elementem diety, gdyż dostarczają pełnowartościowego białka, witamin i składników mineralnych. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy na jednym talerzu spotykają się z dużą ilością majonezu, tłustymi wędlinami, pasztetami, żurkiem z kiełbasą, słodkimi wypiekami i kolejnymi porcjami „na spróbowanie”.

Jajka niesłusznie bywają stawiane w roli głównego winowajcy wielkanocnego stołu. Z punktu widzenia dietetyki znacznie większe znaczenie ma to, z czym je łączymy i w jakiej ilości je spożywamy. Jeśli obok pojawiają się tłuste sosy, kilka rodzajów mięs, sałatki na bazie dużej ilości majonezu i deser, problemem nie jest jedno jajko, lecz przeciążający organizm nadmiar. Święta nie wymagają restrykcji, ale warto zadbać o proporcje, umiar i bardziej świadome wybory – mówi Monika Langier-Frąckiewicz, dietetyczka enel-med.

Nie jajko, tylko świąteczny pakiet

To właśnie suma składników i sposób jedzenia mają największe znaczenie dla samopoczucia po świątecznym posiłku. Jajko z dodatkiem warzyw, szczypiorku czy niewielkiej ilości chrzanu będzie zupełnie innym wyborem niż jajko podane z grubą warstwą majonezu, w towarzystwie białej kiełbasy, pasztetu i sałatki.

W praktyce najbardziej obciążający dla organizmu bywa nie pojedynczy produkt, ale nadmiar. Święta sprzyjają jedzeniu częściej, ciężej i więcej niż na co dzień. Do tego dochodzi długie siedzenie przy stole, podjadanie między posiłkami i pokusa, by spróbować wszystkiego. To właśnie taki miks może skutkować uczuciem ciężkości, sennością, wzdęciami czy pogorszeniem samopoczucia.

Dokładki i jedzenie na zapas

Z perspektywy dietetycznej bardziej szkodzi mechanizm świątecznego przejadania się niż konkretna potrawa. Wiele osób zaczyna dzień od obfitego śniadania, a potem przez kolejne godziny sięga po następne porcje ciast, sałatek i mięs. Organizm nie dostaje przestrzeni na spokojne trawienie, a my tracimy kontrolę nad tym, ile naprawdę zjedliśmy.

Najlepsza strategia na Wielkanoc nie polega na tym, by bać się jajek czy odmawiać sobie wszystkich ulubionych smaków. Dużo rozsądniejsze jest pilnowanie proporcji. Warto zjeść to, na co naprawdę mamy ochotę, ale nie traktować świąt jak kulinarnego maratonu od rana do wieczora. Nawet niewielkie zmiany, jak lżejszy sos, mniejsza porcja czy więcej warzyw, mogą sprawić, że po świątecznym posiłku będziemy czuć się znacznie lepiej dodaje Monika Langier-Frąckiewicz.

Jak odciążyć wielkanocny stół bez psucia świąt

Dietetycy podkreślają, że świąteczne menu nie wymaga rewolucji. Wystarczy kilka prostych zmian, by zachować tradycyjny smak, a jednocześnie nie przeciążyć organizmu.

Warto zacząć od dodatków. Część majonezu w sałatce można zastąpić jogurtem naturalnym lub skyrem, a do jajek zamiast ciężkiego sosu dodać więcej szczypiorku, rzeżuchy czy odrobinę musztardy. Dobrym pomysłem jest też zadbanie o obecność świeżych warzyw na stole, które często przegrywają z bardziej sycącymi potrawami – mówi Monika Langier-Frąckiewicz, dietetyczka enel-med.

Znaczenie ma również tempo jedzenia. Święta nie muszą oznaczać ciągłego sięgania po kolejne porcje. Lepiej zjeść mniej, wolniej i bardziej świadomie, niż przez kilka godzin podjadać wszystko po trochu. Dla organizmu to duża różnica.

Nie trzeba wykreślać z menu jajek, żurku czy mazurka. Lepiej jednak spojrzeć na cały talerz i cały dzień jedzenia, a nie oceniać jednego produktu w oderwaniu od reszty. To właśnie proporcje, ilość i częstotliwość sięgania po świąteczne dania decydują o tym, jak będziemy się czuć po Wielkanocy. Bo problemem nie jest jajko. Problemem jest wszystko to, co dokładamy obok.

Przeczytaj teraz

To nie przeziębienie, lecz alergia. Zaczyna się już zimą, także u dorosłych

Autor: Medycyna Prywatna
Dodano: 25.03.2026

Katar, zatkany nos, kichanie i łzawiące oczy. Wielu Polaków nadal bierze te objawy za zwykłe przeziębienie, a tymczasem winowajcą często okazuje się alergia. Co ważne, sezon pylenia w Polsce startuje już zimą, a problem coraz częściej dotyczy nie tylko dzieci, ale także dorosłych, którzy nigdy wcześniej nie mieli podobnych dolegliwości. Jak wynika z danych m.in. Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) oraz instytucji monitorujących zdrowie publiczne, objawy alergii mogą dotyczyć nawet co trzeciej osoby na świecie i ten wskaźnik ciągle rośnie. Ekspert enel-med zwraca uwagę, że kluczowe znaczenie ma właściwe rozpoznanie przyczyny dolegliwości, ponieważ alergia i infekcja wymagają zupełnie innego postępowania.

– W gabinecie bardzo często spotykam się z pacjentami, którzy nie wiedzą, czy mają do czynienia z alergią czy z infekcją. W obu przypadkach pojawiają się niedrożny nos, katar i kichanie. Wynika to z tego, że zarówno w alergii i w przeziębieniu błona śluzowa nosa jest objęta stanem zapalnym, obrzęka i produkuje więcej wydzieliny, co daje poczucie zatkanego nosa. Różnica polega jednak na przyczynie. W przeziębieniu mamy infekcję wirusową, a w alergii reakcję organizmu na konkretny alergen, na przykład pyłki roślin, roztocza kurzu domowego czy sierść zwierząt. I to właśnie dlatego tak ważne jest dokładne rozpoznanie, bo sposób leczenia w tych dwóch przypadkach jest zupełnie inny – mówi dr n. med. Piotr Niedziałkowski, alergolog enel-med.

Problemy zaczynają się zimą

Sezon alergii w Polsce rozpoczyna się bardzo wcześnie. Najwcześniej pylą leszczyna i olsza, a w kolejnych miesiącach dołączają inne drzewa, w tym brzoza (jeden z najczęstszych alergenów). W dalszej części sezonu pojawiają się także pyłki traw i innych roślin. Intensywność pylenia zależy m.in. od pogody i regionu kraju, dlatego osoby z alergią powinny śledzić aktualne komunikaty dotyczące stężenia pyłków. Pozwala to lepiej planować codzienne aktywności i ograniczać kontakt z alergenami w okresach ich największego nasilenia.

Alergie krzyżują się

Warto pamiętać, że objawy alergii nie zawsze są związane wyłącznie z tym, co znajduje się w powietrzu. Coraz częściej obserwuje się tzw. alergie krzyżowe, w których organizm reaguje na substancje podobne do alergenu pierwotnego. Przykładem jest uczulenie na pyłki brzozy: osoby z taką alergią mogą odczuwać dolegliwości po zjedzeniu surowych owoców i warzyw, takich jak jabłko, marchew, seler, gruszka czy kiwi. Objawy najczęściej obejmują świąd, pieczenie lub mrowienie w jamie ustnej i gardle.

Wiek ma coraz mniejsze znaczenie

Wbrew powszechnemu przekonaniu alergia nie jest wyłącznie problemem dzieci. Coraz częściej diagnozuje się ją również u dorosłych, nawet jeśli wcześniej nie występowały żadne objawy. Oznacza to, że brak reakcji alergicznych w przeszłości nie daje gwarancji, że problem nie pojawi się w przyszłości. Zmiany w układzie odpornościowym, środowisku życia, stylu pracy czy ekspozycji na alergeny sprawiają, że reakcje alergiczne mogą wystąpić na różnych etapach życia. Znaczenie ma także ogólny stan organizmu – w tym mikrobiota jelitowa, dieta oraz kondycja błon śluzowych.

Są sposoby na leczenie

Jeśli lekarz potwierdzi alergię wziewną, jednym z możliwych rozwiązań jest immunoterapia alergenowa, potocznie nazywana odczulaniem. Metoda ta polega na stopniowym podawaniu organizmowi niewielkich dawek alergenu, dzięki czemu układ odpornościowy uczy się go tolerować. Terapia trwa zwykle kilka lat, ale w wielu przypadkach pozwala znacząco zmniejszyć objawy choroby, a czasem nawet całkowicie je wyeliminować.

Układ odpornościowy nie jest stały, dlatego alergia może pojawić się w każdym momencie życia. W jej leczeniu nie możemy patrzeć wyłącznie na sam alergen i leki. Równie ważne są dieta, stan przewodu pokarmowego oraz ogólna kondycja organizmu. W przypadku alergii wziewnej bardzo ważne jest także ograniczanie kontaktu z alergenami w okresie intensywnego pylenia. Pomocne mogą być proste codzienne nawyki, takie jak mycie włosów po powrocie ze spaceru, zmiana ubrań czy wietrzenie mieszkania po deszczu, gdy stężenie pyłków w powietrzu jest zwykle niższe. Warto również śledzić komunikaty dotyczące poziomu pyłków, które pomagają lepiej zaplanować aktywności na świeżym powietrzu – mówi dr n. med. Piotr Niedziałkowski, alergolog enel-med.

***

Dr n. med. Piotr Niedziałkowski, alergolog enel-med:

Przeczytaj teraz

Jacek Rozwadowski, Prezes Zarządu enel-med: Mniej badań i dłuższe kolejki. Pacjenci poczekają jeszcze dłużej na kluczowe badania diagnostyczne

Autor: Medycyna Prywatna
Dodano: 23.03.2026

Gdyby badania w placówkach enel-med były realizowane wyłącznie do poziomu kontraktu z NFZ, liczba świadczeń spadłaby o ponad 2,5 tys. miesięcznie, czyli o ponad 30 tys. rocznie. Dla pacjentów oznaczałoby to dłuższe kolejki do tomografii, rezonansu czy kolonoskopii, a w wielu przypadkach także późniejszą diagnozę i mniej czasu na szybkie rozpoczęcie leczenia. A w diagnostyce czas bardzo często decyduje nie o komforcie, lecz o bezpieczeństwie pacjenta. Szczególnie wtedy, gdy badanie ma potwierdzić lub wykluczyć chorobę nowotworową.

Rozumiemy potrzebę szukania przez NFZ rozwiązań stabilizujących finanse systemu. Warto jednak pamiętać, że w ambulatoryjnej diagnostyce specjalistycznej każda decyzja dotycząca finansowania niemal natychmiast przekłada się na dostępność świadczeń. Dla pacjenta nie jest to abstrakcyjny spór o model finansowania, ale bardzo konkretne pytanie: czy usłyszę diagnozę odpowiednio wcześnie, by mieć realną szansę na szybkie leczenie.

Gdy ubywa badań, rośnie ryzyko spóźnionej diagnozy

Tomografia komputerowa, rezonans magnetyczny, gastroskopia czy kolonoskopia to nie są świadczenia, które można bez konsekwencji przesunąć na później. To właśnie one często przesądzają o tym, czy choroba zostanie wykryta na etapie, na którym można działać szybko, skutecznie i mniej inwazyjnie. Ograniczenie finansowania nadwykonań w tym obszarze oznacza w praktyce prosty mechanizm: mniej badań, dłuższe kolejki, więcej niepewności po stronie pacjentów.

Z perspektywy świadczeniodawcy widzimy wyraźnie, że nadwykonania nie są dziś wyjątkiem ani marginesem systemu. Stały się realnym mechanizmem podtrzymującym dostępność diagnostyki. To dzięki nim można odpowiadać na rzeczywiste potrzeby zdrowotne pacjentów, a nie wyłącznie na formalne limity kontraktowe.

Bez ciągłości badań nie ma bezpiecznej profilaktyki

Szczególnie wyraźnie widać to na przykładzie kolonoskopii, czyli jednego z najważniejszych badań w profilaktyce onkologicznej. To badanie pozwala nie tylko wykryć chorobę odpowiednio wcześnie, ale w wielu przypadkach także usunąć zmiany przedrakowe, zanim rozwinie się nowotwór. Jeśli dostęp do takich świadczeń słabnie, system wcześniej czy później zapłaci za to znacznie wyższą cenę: zdrowotną, społeczną i finansową.

Dlatego środek ciężkości powinien pozostać po stronie profilaktyki i wczesnej diagnostyki. To rozwiązanie bezpieczniejsze dla pacjenta i jednocześnie bardziej racjonalne z punktu widzenia całego systemu. Znacznie skuteczniej i taniej jest wykryć problem odpowiednio wcześnie niż leczyć chorobę w zaawansowanym stadium.

Pacjent potrzebuje nie tylko badania, ale także pewności

Właśnie z takiego założenia wyszliśmy, tworząc Centrum Zdrowia i Profilaktyki Onkologicznej enel-med. Chcemy, by pacjent nie zostawał sam z wynikiem, skierowaniem czy listą zaleceń, ale miał uporządkowaną ścieżkę postępowania: od diagnostyki, przez konsultacje, aż po kolejne decyzje medyczne. Bo poczucie bezpieczeństwa nie bierze się wyłącznie z dostępu do sprzętu. Bierze się także z ciągłości opieki, przewidywalności procesu i przekonania, że diagnostyka wydarzy się na czas.

Jeśli system publiczny chce długofalowo ograniczać koszty leczenia, powinien jak najmocniej wspierać właśnie ten etap. Dobrze zorganizowana profilaktyka i szybka diagnostyka nie są wydatkiem, który można traktować jak pozycję do cięcia. Są jedną z najważniejszych inwestycji w zdrowie pacjentów i w bezpieczeństwo całego systemu

Przeczytaj teraz

Endometrioza wciąż diagnozowana zbyt późno. Ból miesiączkowy, który nie powinien być ignorowany

Autor: Medycyna Prywatna
Dodano: 20.03.2026

Marzec to miesiąc świadomości endometriozy – choroby, która dotyka około 10% kobiet w wieku rozrodczym na świecie, czyli nawet 190 milionów osób. Mimo tak dużej skali problemu, wiele pacjentek przez lata nie otrzymuje właściwej diagnozy. Objawy bywają bagatelizowane, a silny ból miesiączkowy wciąż zbyt często traktowany jest jako coś „normalnego”.  – To jedna z najbardziej podstępnych chorób ginekologicznych. Przez lata wiele kobiet słyszało, że silny ból miesiączkowy to „taka ich uroda”. Tymczasem miesiączka może powodować dyskomfort, ale nie powinna wyłączać z codziennej aktywności – podkreśla lek. Paweł Gruszecki, ordynator Oddziału Ginekologiczno-Położniczego Szpitala im. Rudolfa Weigla w Blachowni, Scanmed.

Choroba, której nie widać

Endometrioza polega na tym, że komórki błony śluzowej macicy pojawiają się poza jej jamą. Mogą występować m.in. w jajnikach, jelitach czy pęcherzu moczowym. Pod wpływem hormonów reagują tak samo jak endometrium w macicy – krwawią i wywołują przewlekły stan zapalny.

Przyczyny choroby wciąż nie są do końca poznane.

– Najczęściej mówi się o tzw. menstruacji wstecznej, kiedy krew miesiączkowa wraz z komórkami endometrium cofa się przez jajowody do jamy brzusznej. Jednak na rozwój choroby mogą wpływać również czynniki genetyczne, immunologiczne czy procesy przekształcania się komórek – wyjaśnia lek. Paweł Gruszecki. – Choć choroba najczęściej dotyczy kobiet w wieku rozrodczym, może pojawić się także u nastolatek, a nawet po menopauzie.

W Polsce średni czas od pierwszych objawów do postawienia diagnozy wynosi od 7 do 10 lat

Wiele kobiet przez długi czas nie trafia do specjalisty, który zajmuje się diagnostyką endometriozy. Problemem jest również to, że objawy mogą przypominać inne choroby, np. zespół jelita drażliwego.

– Jeśli pacjentka wielokrotnie słyszy od lekarzy, że przesadza, zaczyna sama w to wierzyć. W efekcie zgłasza się po pomoc dopiero wtedy, gdy ból staje się nie do zniesienia lub pojawiają się poważne problemy z zajściem w ciążę – podkreśla lek. Paweł Gruszecki.

Kiedy ból powinien zaniepokoić?

– Niepokojące objawy to przede wszystkim bardzo silny ból podbrzusza, który uniemożliwia codzienne aktywności, brak reakcji na standardowe leki przeciwbólowe, omdlenia i wymioty podczas okresu, ból przy wypróżnianiu czy promieniowanie bólu do nóg i kręgosłupa – mówi ekspert Szpitala im. R. Weigla w Blachowni. – Zdarza się również, że endometrioza atakuje płuca i występują krwioplucia podczas okresu. Takie symptomy są sygnałem, że należy skonsultować się ze specjalistą – dodaje.

Jak wygląda dziś diagnostyka?

Podstawą rozpoznania endometriozy są badania obrazowe. Najważniejsze jest specjalistyczne USG przezpochwowe wykonywane przez lekarza doświadczonego w diagnostyce tej choroby. W wielu przypadkach pomocny jest także rezonans magnetyczny, który pozwala dokładnie ocenić stopień zaawansowania zmian oraz ich lokalizację. Diagnostyczna laparoskopia nie jest już rutynowo zalecana i wykonuje się ją głównie wtedy, gdy konieczne jest jednoczesne leczenie operacyjne.

Terapia endometriozy wymaga indywidualnego podejścia i często łączy kilka metod. Stosuje się farmakoterapię, której celem jest zahamowanie wzrostu ognisk choroby i zmniejszenie dolegliwości. W niektórych przypadkach konieczne jest leczenie chirurgiczne, najczęściej w formie laparoskopii, polegającej na usunięciu zmian.

Coraz częściej podkreśla się potrzebę podejścia interdyscyplinarnego, obejmującego współpracę ginekologa, fizjoterapeuty uroginekologicznego, dietetyka i psychologa.

– To schorzenie systemowe, które wymaga opieki długoterminowej, a nie tylko jednorazowej operacji. Nawet po zabiegu istnieje ryzyko nawrotów, dlatego pacjentka powinna pozostawać pod stałą opieką specjalistyczną – podkreśla lekarz.

Choroba, która wpływa na całe życie

Endometrioza może mieć konsekwencje nie tylko zdrowotne, ale także psychologiczne i społeczne. Przewlekły ból utrudnia pracę zawodową, ogranicza aktywność społeczną i wpływa na relacje. U części kobiet pojawia się również dyspareunia, czyli ból podczas współżycia.

Dodatkowo choroba bywa związana z problemami z płodnością. Szacuje się, że nawet 30-50% kobiet zmagających się z niepłodnością może mieć endometriozę.

– Dlatego zwiększanie świadomości na temat endometriozy jest tak ważne. Wczesna diagnoza pozwala szybciej wdrożyć leczenie i poprawić jakość życia pacjentek – podsumowuje lek. Paweł Gruszecki.

Przeczytaj teraz

Polacy wciąż unikają dentysty jak ognia, w szczególności mężczyźni, a dzieci przejmują nawyki dorosłych

Autor: Medycyna Prywatna
Dodano: 19.03.2026

Ból zęba wciąż jest dla wielu Polaków ważniejszym sygnałem niż profilaktyka. Z badania enel-med wynika, że regularny przegląd stomatologiczny raz w roku lub częściej wykonuje mniej niż połowa dorosłych (43%). Jednocześnie niemal co trzeci trafia do dentysty dopiero wtedy, gdy pojawia się problem, a 9% nie robi takich przeglądów wcale. Do profilaktyki zdecydowanie sumienniej podchodzą kobiety: co druga deklaruje regularny przegląd, podczas gdy wśród mężczyzn co trzeci. Najbardziej niepokoi to, że skutki tego podejścia widać już u dzieci, bo aż 7 na 10 zmaga się z próchnicą.

– Brak regularnych przeglądów stomatologicznych sprawia, że pacjenci trafiają do gabinetu dopiero wtedy, gdy problem jest już zaawansowany i pojawia się ból, stan zapalny czy konieczność bardziej skomplikowanego leczenia. W wielu przypadkach oznacza to leczenie kanałowe, odbudowę zęba lub nawet jego utratę. Tymczasem większości takich sytuacji można uniknąć dzięki regularnym kontrolom. Profilaktyka działa wtedy, gdy nic nie boli. Wizyta kontrolna co około pół roku pozwala wykryć zmiany na bardzo wczesnym etapie, kiedy leczenie jest prostsze, krótsze i zdecydowanie mniej kosztowne dla pacjenta – mówi lek. dent. Izabela Rutkowska-Chrobok, stomatolog zachowawcza enel-med.

Do dentysty nadal częściej na ratunek niż na kontrolę

Regularne przeglądy stomatologiczne wciąż nie są w Polsce nawykiem. Z badania enel-med wynika, że wizytę kontrolną raz w roku lub częściej deklaruje 43% badanych. Co piąty Polak robi taki przegląd co 2-3 lata, a 29% odwiedza gabinet dopiero wtedy, gdy zaczyna się problem. Dodatkowo niemal co dziesiąty badany przyznaje, że nie wykonuje przeglądów stomatologicznych w ogóle.

To pokazuje, że dla dużej części dorosłych wizyta u dentysty nadal jest reakcją na ból, a nie elementem regularnego dbania o zdrowie. Tymczasem właśnie kontrole wykonywane zanim pojawią się objawy pozwalają uniknąć bardziej zaawansowanego, dłuższego i kosztowniejszego leczenia.

Kobiety są bardziej systematyczne, mężczyźni wciąż zostają w tyle

Badanie pokazuje też wyraźne różnice między kobietami i mężczyznami. Kobiety znacznie częściej traktują profilaktykę jako stały element troski o zdrowie, a mężczyźni częściej odkładają wizytę do momentu, kiedy dzieje się już coś niepokojącego. Regularny przegląd stomatologiczny raz w roku lub częściej deklaruje 49% kobiet, podczas gdy wśród mężczyzn ten odsetek wynosi 36%.

Widoczny jest też wyraźny gradient społeczny. Wśród osób z wykształceniem podstawowym lub zawodowym regularne przeglądy deklaruje 21% badanych, natomiast w grupie z wykształceniem wyższym już 51%. Różnice widać również między miejscem zamieszkania: na wsi przegląd raz w roku lub częściej wykonuje 38% badanych, a w miastach liczących od 100 do 500 tys. mieszkańców 52%.

Dzieci przejmują nawyki dorosłych, a rachunek za zaniedbania rośnie

Problem profilaktyki stomatologicznej nie kończy się na dorosłych. Wyniki drugiej edycji akcji profilaktycznej realizowanej wspólnie przez Polskie Towarzystwo Stomatologiczne, enel-med i Septodont pokazują, że aż 7 na 10 dzieci zmaga się z próchnicą, a 4 na 10 wymaga pilnej interwencji stomatologicznej. Jednocześnie 78% rodziców deklaruje, że ich dzieci często sięgają po słodycze.

Eksperci zwracają uwagę, że brak profilaktyki u najmłodszych oznacza nie tylko gorszy stan zdrowia jamy ustnej, ale również wyższe koszty leczenia. W przypadku dzieci rosną one niemal dwukrotnie: z 1851 zł do 3219 zł.

Nawyki związane ze zdrowiem jamy ustnej kształtują się bardzo wcześnie. Jeśli dziecko od najmłodszych lat widzi, że rodzice regularnie chodzą do dentysty i dbają o profilaktykę, samo traktuje wizytę w gabinecie jako coś naturalnego. Warto pamiętać, że dzieci bardzo często przejmują także nasze obawy i lęki. Dlatego zamiast przekazywać im własny strach przed dentystą, lepiej pokazać, że kontrola stomatologiczna jest normalnym elementem dbania o zdrowie. Budowanie dobrych nawyków od najmłodszych lat ma ogromne znaczenie – mówi lek. dent. Izabela Rutkowska-Chrobok z enel-med.

Przeczytaj teraz