Jakość laboratorium diagnostycznego zależy od zarządzania

Autor: Medycyna Prywatna
30 stycznia 2019

Dr n. med. Tomasz Anyszek, pełnomocnik zarządu spółki Diagnostyka ds. medycyny laboratoryjnej, członek Prezydium Krajowej Rady Diagnostów Laboratoryjnych Funkcjonujące w krajach rozwiniętych systemy ochrony zdrowia dopuszczają zarówno własne laboratoria szpitalne, jak i laboratoria outsourcingowe, i skupiają się na kontroli ich jakości i kompetencji, aby zapewnić bezpieczeństwo i komfort dla pacjenta. Nigdzie nie ma nakazu, ani zakazu dla outsourcingu, i sposób prowadzenia laboratorium pozostaje w gestii zarządzających szpitalem. Obecnie w Polsce około ¼ laboratoriów szpitalnych prowadzona jest przez podmioty zewnętrzne. Przy wyzwaniach ekonomicznych generowanych dla szpitali przez system finansowania ochrony zdrowia w Polsce outsourcing laboratoriów jest jednym z rozwiązań poważnie rozważanych przez zarządzających szpitalami, gdyż zazwyczaj niesie korzyści finansowe. Nie ma jednoznacznych danych mogących wskazać na wyższość jakościową laboratoriów własnych nad laboratoriami w outsourcingu i vice-versa. Odpowiednie kompetencje laboratorium i jakość jego usług zależą głównie od dyrekcji szpitala, która w przypadku własnego laboratorium musi zapewnić odpowiednie zasoby i procedury dla jego prawidłowego funkcjonowania, a w przypadku laboratorium prowadzonego przez jednostkę zewnętrzną odpowiednio zdefiniować w umowie wymagania jakościowe i organizacyjne oraz zasady współpracy i nadzoru nad prawidłowością usług świadczonych przez usługodawcę. Laboratoria to specjalistyczne jednostki Współczesne laboratoria medyczne są wysokospecjalistycznymi jednostkami wykorzystującymi skomplikowane i kosztowne wyposażenie i zatrudniającymi dedykowany zespół diagnostów laboratoryjnych i techników, a czasem nawet lekarzy. Medycyna laboratoryjna rozwija się bardzo dynamicznie, co skutkuje koniecznością ciągłego wdrażania dość dużej ilości nowych procedur i dostosowywania wyposażenie do zmieniających się potrzeb klinicystów i pacjentów. Diagnostyka laboratoryjna i laboratoria medyczne są stosunkowo hermetyczną dziedziną medycyny i bardzo często osoby zarządzające szpitalem, nawet posiadające wykształcenie medyczne, nie mają odpowiednich kompetencji, aby wziąć pełną odpowiedzialność merytoryczną za funkcjonowanie laboratorium. Jeżeli dodamy do tego problem kosztów funkcjonowania laboratorium, których głównymi składowymi są wynagrodzenia zatrudnionego personelu oraz koszty specjalistycznej aparatury i odczynników wraz z innymi materiałami zużywalnymi, to przy braku kontraktowania usług laboratoryjnych przez NFZ, czyli braku bezpośredniej refundacji badań laboratoryjnych, laboratorium jawi się jako ośrodek generujący koszty, a nie przynoszący dochód. Stąd już tyko krok do wrzucenia laboratorium do jednego koszyka wraz z innymi usługami, które generują koszty, a nie przychody, jak np. wyżywienie pacjenta, ochrona, utrzymanie czystości, które najczęściej podlegają outsourcingowi. Problem jest bardziej złożony, bo nawet jeżeli zarządzający szpitalem rozumieją ważną rolę jaką odgrywa laboratorium i wyniki badań laboratoryjnych w całym systemie szpitalnym i znają ryzyka związane np. z zaniechaniem wykonania koniecznych badań, czy też opóźnionym otrzymaniem ich wyników, albo zbyt późno postawioną lub omyłkową diagnozą (do czego może doprowadzić brak dostępu do odpowiednich badań laboratoryjnych), to często mają bardzo ograniczone możliwości zapewnienia odpowiedniego funkcjonowania laboratorium w strukturach wewnętrznych szpitala. Spośród wielu problemów wymienić należy najpoważniejsze, czyli konieczność ciągłych inwestycji w specjalistyczne wyposażenie laboratorium, konieczność pełnej informatyzacji działania laboratorium i ciągłe dostosowywanie rozwiązań IT do zmieniających się potrzeb klientów, wykonywanie badań głównie, a czasem jedynie, dla własnych potrzeb i brak skutecznych działań sprzedażowo-marketingowych, aby oferować badania klientom zewnętrznym, ciągłe problemy ekonomiczne szpitali i brak płynności finansowej utrudniające skuteczne negocjacje z dostawcami oraz ograniczające konieczne inwestycje np. w infrastrukturę laboratorium, czy też uniemożliwiające adekwatne wynagradzanie personelu. Koszt badania niższy po outsourcingu Z ekonomicznego punktu widzenia outsourcing wypada korzystnie dla szpitala. Oficjalnie dostępnych danych nie znalazłem, ale na podstawie własnej analizy kilkudziesięciu przykładów, nie tylko z naszego kraju, doszedłem do wniosku, że koszt badania wykonywanego w laboratorium po outsourcingu jest niższy niż koszt badania wykonywanego przed outsourcingiem. Co więcej różnica jest na tyle znacząca, że nawet po dodaniu marży cena zakupu badania od jednostki zewnętrznej (czyli koszt dla szpitala) jest niższy niż koszt badania generowany przez własne laboratorium szpitalne. Różnica ta jest tym większa im większa ilość badań zlecanych przez szpital. Jednostkami zewnętrznymi prowadzącymi outsourcingi są najczęściej duże firmy prowadzące wiele laboratoriów (tzw. laboratoria sieciowe) i wykorzystują one kilka czynników umożliwiających obniżenie kosztu pojedynczego badania. Najbardziej oczywisty czynnik to niższe ceny zakupu wyposażenia, odczynników i materiałów zużywalnych uzyskiwane w negocjacjach z dostawcami przez laboratoria sieciowe w porównaniu ze szpitalem. Niższe ceny uzyskiwane są w oparciu o wielkość zamówienia generowanego przez wszystkie laboratoria sieci, które wykonują wielokrotnie więcej badań niż jedno tylko laboratorium szpitala, więc mamy tu do czynienia, aby użyć prostego przykładu, z porównaniem zakupu hurtowego z detalicznym. Nie bez znaczenia dla negocjacji jest też to, że laboratoria zewnętrzne zazwyczaj regulują w terminie swoje zobowiązania względem dostawców, podczas gdy szpitale bardzo często mają problemy z terminowością płatności w związku z problemami z płynnością finansową. Dodatkowym czynnikiem obniżającym koszty badań w outsourcingu jest niższa składowa kosztów stałych funkcjonowania laboratorium alokowana na jedno badanie, niż w przypadku własnego laboratorium szpitalnego. Istnieje wiele rodzajów kosztów, które musi ponieść każde laboratorium, niezależnie od swojej wielkości i ilości wykonywanych badań, np. koszty wdrożenia i utrzymania infrastruktury informatycznej (hardware i oprogramowanie wraz z kosztami wsparcia i rozwoju), koszty wdrożenia i utrzymywania systemu zapewnienia jakości, a w tym wewnątrz- i zewnątrzlaboratoryjnego systemu kontroli jakości analitycznej badań, koszty administracyjne i lokalowe. Oznacza to, że każde laboratorium musi ponieść pewien „koszt wejścia” przy rozpoczęciu działania i ponosić miesięczne koszty stałe wsparcia funkcjonowania. Te koszty w mniejszym stopniu alokują się na każde pojedyncze badanie w przypadku większej ilości wykonywanych badań. Z biznesowego punktu widzenia laboratorium jest świetnym przykładem na to, jak ilość sprzedanych produktów (w tym przypadku wykonanych badań) obniża koszt pojedynczego produktu. Ponieważ laboratoria sieciowe, będące najczęściej operatorami laboratoryjnych szpitali w outsourcingu, umiejętnie zdobywają klientów zewnętrznych i w laboratorium szpitalnym wykonują badania zlecane nie tylko przez szpital, to wspomniane powyżej koszty stałe rozkładają się na wszystkie badania i obniżają koszt badań wykonywanych dla szpitala.  Z moich obserwacji wynika, że laboratoria pozostające w zarządzaniu szpitala nie osiągają takich sukcesów sprzedażowo-marketingowych jak laboratoria sieciowe, więc ilość wykonywanych przez własne laboratoria szpitala badań jest mniejsza, a więc koszt alokowany na badanie wyższy. Dodatkowym czynnikiem obniżającym koszt pojedynczego badania w przypadku outsourcingu jest przeniesienie istniejącego know-how sieci laboratoriów do laboratorium szpitalnego i uzyskanie korzyści operacyjnych w zakresie efektywności pracy. Ponad 100  mln zł na inwestycje w publicznych laboratoriach Przedstawiciele laboratoriów aktywnych na polu outsourcingu w Polsce oszacowali swoje inwestycje infrastrukturalne w publiczną bazę szpitalną na przestrzeni ostatnich lat na kwotę przekraczającą 100 milionów zł. Z dużą dozą pewności można powiedzieć, że budżetu publicznego nie było stać na te inwestycje i przerzucenie kosztów inwestycji na prywatne podmioty zewnętrzne przyniosło ogromne korzyści dla szpitali i pacjentów. Oczywiście te koszty inwestycji zostaną zwrócone przez szpital w postaci marży w cenie badania laboratoryjnego, ale po pierwsze, ta cena badania jest zazwyczaj i tak niższa niż koszt badania z własnego laboratorium, a po drugie jest to bardzo przyjazna forma kredytu udzielonego przez jednostkę zewnętrzną, na warunkach znacznie bardziej przyjaznych niż jakikolwiek kredyt bankowy. Koszty wynagrodzeń są jednym z głównych składników kosztów funkcjonowania laboratorium i dyrekcja szpitala chętnie przyjmuje fakt przejęcia pracowników i kosztów ich wynagrodzeń przez jednostkę zewnętrzną. Zazwyczaj personel laboratorium szpitalnego jest przejmowany przez jednostkę zewnętrzną w całości i z zachowaniem gwarancji zatrudnienia i wynagrodzenia, zgodnie z artykułem 23(1) Kodeksu Pracy. W obecnej sytuacji w Polsce mamy niedobór zarówno diagnostów laboratoryjnych, a szczególnie specjalistów, jak i również techników i mówimy raczej o rynku pracownika niż pracodawcy. W związku z tym pracownicy laboratoriów nie powinni się obawiać bezrobocia. Oczywiście największe emocje budzi kwestia wynagrodzeń pracowników laboratoriów medycznych i panuje powszechne przekonanie o konieczności podwyżek, ale na zarobki narzekają zarówno pracownicy laboratoriów publicznych, jak i prywatnych, chociaż sytuacji różni się w zależności od regionu kraju, wielkości miasta i zagęszczenia populacji. Mocnym dowodem na dobrą jakość i kompetencje laboratoriów prowadzących outsourcingu jest fakt, że prawie dziesięć z nich posiada akredytację Polskiego Centrum Akredytacji potwierdzającą spełnienie wymagań normy PN-EN ISO/IEC 15189, w porównaniu do tylko dwóch laboratoriów prowadzonych samodzielnie przez jednostki publiczne, aczkolwiek możliwe jest, że laboratoria publiczne nie starają się o akredytację z powodu braku środków finansowych na pokrycie kosztów procesu oceny (kilkanaście tysięcy PLN rocznie). Podsumowując można stwierdzić, że nie ma jednoznacznych dowodów na wyższą jakość i kompetencje jednego z rodzajów laboratoriów (własne szpitalne vs. outsourcing), a jeżeli chcielibyśmy na siłę szukać dowodów to teoretycznie nieco lepiej wypadają laboratoria w outsourcingu (więcej akredytacji, nowe wyposażenie). Ważna jest dobrze skonstruowana umowa Ryzyka outsourcingu wynikają głównie ze źle skonstruowanej przez szpital specyfikacji wymagań do konkursu i źle sformułowanej umowy. Na szczęście widać na tym polu znaczną poprawę i umowy outsourcingowe podpisywane w ostatnich latach, a szczególnie przygotowywane przez duże szpitale, zawierają bardzo szczegółową specyfikację wymagań jakościowych obejmującą m.in. pełną listę badań laboratoryjnych wykonywanych dla szpitala wraz z oczekiwanymi czasami wykonania każdego z badań wraz z obligacją do wykonania tych badań w lokalizacji szpitala; wymóg akredytowania laboratorium w lokalizacji szpitala; wymogi dotyczące oczekiwanych kompetencji i kwalifikacji personelu laboratorium; wymogi dotyczące jakości wykonywanych badań, często z obligacją okazywania na żądanie szpitala wyników kontroli wewnątrz- i zewnątrzlaboratoryjnej; wymogi dotyczące sposobu nadzorowania badań POCT wykonywanych w szpitalu; wymogi związane z formą prowadzenia przez laboratorium dokumentacji, a w tym e-dokumentacji i raportowania wyników oraz wymaganych sprawozdań itp. Jeżeli do tych doprecyzowanych wymagań dołączone są opisane mechanizmy kontroli jakości świadczonych usług i zdefiniowane są kary umowne za niespełnienie wymagań, to szpital ma skuteczne narzędzia do wyegzekwowania od usługodawcy wymaganej jakości usługi. Często słyszę przewijające się w różnych rozmowach stwierdzenie, że własne laboratorium szpitala jest lepsze, bo komunikacja wewnętrzna pomiędzy klinicystami i laboratorium jest bardziej skuteczna niż komunikacja pomiędzy klinicystami, a laboratorium prowadzonym przez firmę zewnętrzną. To stwierdzenie nie musi być prawdziwe z kilku powodów. Po pierwsze najczęściej po outsourcingu pracują w laboratorium te same osoby co przed outsourcingiem i relacje pracowników laboratorium z klinicystami nie zmieniają się. Po drugie szpital ma pełne prawo i powinien zdefiniować w kontrakcie zasady komunikacji i wsparcia klinicystów przez laboratorium, które mogą być podobne, a nawet tożsame z zasadami funkcjonującymi przed outsourcingiem. Widziałem wiele przykładów doskonałej współpracy pomiędzy laboratorium a klinicystami i widziałem też wiele szpitali, gdzie laboratorium i jego pracownicy nie byli traktowani partnersko przez klinicystów, ale nie zależało to od statusu laboratorium (własne lub outsourcing), ale raczej od sposobu zarządzania szpitalem przez dyrekcję, nastawienia klinicystów do laboratorium oraz kompetencji pracowników laboratorium i ich gotowości do współpracy. Wiele zasad współpracy pomiędzy klinicystami a laboratorium, niezależnie od swego statusu, powinno zostać zdefiniowanych, opisanych i egzekwowanych, a to wymaga gotowości wszystkich stron: klinicystów, laboratorium i dyrekcji. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby w sposób jasny opisać: kto z kim i w jaki sposób może się komunikować oraz jak wspólnie rozwiązywać potencjalne problemy kliniczne i operacyjne. Wsparcie laboratorium powinno obejmować pomoc w rozwiązywaniu codziennych problemów (wsparcie dla klinicystów przy interpretowaniu wyników badań, ale też odpowiedź na najprostsze pytania np. kiedy będzie dostępny wynik), ale także szkolenia organizowane przez laboratorium dla pracowników oddziałów klinicznych (lekarzy i pielęgniarek) związane np. z fazą przedanalityczną badania i wybranymi problemami diagnostyki laboratoryjnej, oraz formalny wymóg uczestnictwa dedykowanych pracowników laboratorium w pracach np. komitetu ds. zakażeń szpitalnych, komitetu ds. badań POCT oraz ustalenie regularnych spotkań z klinicystami w celu omówienia bieżących problemów i ustalenia wspólnych rozwiązań i planów np. w ramach spotkań ordynatorów. Takie wsparcie jest możliwe zawsze, jeżeli dyrekcja szpitala w sposób świadomy zdefiniuje taką potrzebę i ustali odpowiednie procedury.

Dr n. med. Tomasz Anyszek, pełnomocnik zarządu spółki Diagnostyka ds. medycyny laboratoryjnej, członek Prezydium Krajowej Rady Diagnostów Laboratoryjnych

Funkcjonujące w krajach rozwiniętych systemy ochrony zdrowia dopuszczają zarówno własne laboratoria szpitalne, jak i laboratoria outsourcingowe, i skupiają się na kontroli ich jakości i kompetencji, aby zapewnić bezpieczeństwo i komfort dla pacjenta.

Nigdzie nie ma nakazu, ani zakazu dla outsourcingu, i sposób prowadzenia laboratorium pozostaje w gestii zarządzających szpitalem.

Obecnie w Polsce około ¼ laboratoriów szpitalnych prowadzona jest przez podmioty zewnętrzne. Przy wyzwaniach ekonomicznych generowanych dla szpitali przez system finansowania ochrony zdrowia w Polsce outsourcing laboratoriów jest jednym z rozwiązań poważnie rozważanych przez zarządzających szpitalami, gdyż zazwyczaj niesie korzyści finansowe.

Nie ma jednoznacznych danych mogących wskazać na wyższość jakościową laboratoriów własnych nad laboratoriami w outsourcingu i vice-versa.

Odpowiednie kompetencje laboratorium i jakość jego usług zależą głównie od dyrekcji szpitala, która w przypadku własnego laboratorium musi zapewnić odpowiednie zasoby i procedury dla jego prawidłowego funkcjonowania, a w przypadku laboratorium prowadzonego przez jednostkę zewnętrzną odpowiednio zdefiniować w umowie wymagania jakościowe i organizacyjne oraz zasady współpracy i nadzoru nad prawidłowością usług świadczonych przez usługodawcę.

Laboratoria to specjalistyczne jednostki

Współczesne laboratoria medyczne są wysokospecjalistycznymi jednostkami wykorzystującymi skomplikowane i kosztowne wyposażenie i zatrudniającymi dedykowany zespół diagnostów laboratoryjnych i techników, a czasem nawet lekarzy. Medycyna laboratoryjna rozwija się bardzo dynamicznie, co skutkuje koniecznością ciągłego wdrażania dość dużej ilości nowych procedur i dostosowywania wyposażenie do zmieniających się potrzeb klinicystów i pacjentów. Diagnostyka laboratoryjna i laboratoria medyczne są stosunkowo hermetyczną dziedziną medycyny i bardzo często osoby zarządzające szpitalem, nawet posiadające wykształcenie medyczne, nie mają odpowiednich kompetencji, aby wziąć pełną odpowiedzialność merytoryczną za funkcjonowanie laboratorium.

Jeżeli dodamy do tego problem kosztów funkcjonowania laboratorium, których głównymi składowymi są wynagrodzenia zatrudnionego personelu oraz koszty specjalistycznej aparatury i odczynników wraz z innymi materiałami zużywalnymi, to przy braku kontraktowania usług laboratoryjnych przez NFZ, czyli braku bezpośredniej refundacji badań laboratoryjnych, laboratorium jawi się jako ośrodek generujący koszty, a nie przynoszący dochód. Stąd już tyko krok do wrzucenia laboratorium do jednego koszyka wraz z innymi usługami, które generują koszty, a nie przychody, jak np. wyżywienie pacjenta, ochrona, utrzymanie czystości, które najczęściej podlegają outsourcingowi.

Problem jest bardziej złożony, bo nawet jeżeli zarządzający szpitalem rozumieją ważną rolę jaką odgrywa laboratorium i wyniki badań laboratoryjnych w całym systemie szpitalnym i znają ryzyka związane np. z zaniechaniem wykonania koniecznych badań, czy też opóźnionym otrzymaniem ich wyników, albo zbyt późno postawioną lub omyłkową diagnozą (do czego może doprowadzić brak dostępu do odpowiednich badań laboratoryjnych), to często mają bardzo ograniczone możliwości zapewnienia odpowiedniego funkcjonowania laboratorium w strukturach wewnętrznych szpitala.

Spośród wielu problemów wymienić należy najpoważniejsze, czyli konieczność ciągłych inwestycji w specjalistyczne wyposażenie laboratorium, konieczność pełnej informatyzacji działania laboratorium i ciągłe dostosowywanie rozwiązań IT do zmieniających się potrzeb klientów, wykonywanie badań głównie, a czasem jedynie, dla własnych potrzeb i brak skutecznych działań sprzedażowo-marketingowych, aby oferować badania klientom zewnętrznym, ciągłe problemy ekonomiczne szpitali i brak płynności finansowej utrudniające skuteczne negocjacje z dostawcami oraz ograniczające konieczne inwestycje np. w infrastrukturę laboratorium, czy też uniemożliwiające adekwatne wynagradzanie personelu.

Koszt badania niższy po outsourcingu

Z ekonomicznego punktu widzenia outsourcing wypada korzystnie dla szpitala. Oficjalnie dostępnych danych nie znalazłem, ale na podstawie własnej analizy kilkudziesięciu przykładów, nie tylko z naszego kraju, doszedłem do wniosku, że koszt badania wykonywanego w laboratorium po outsourcingu jest niższy niż koszt badania wykonywanego przed outsourcingiem.

Co więcej różnica jest na tyle znacząca, że nawet po dodaniu marży cena zakupu badania od jednostki zewnętrznej (czyli koszt dla szpitala) jest niższy niż koszt badania generowany przez własne laboratorium szpitalne. Różnica ta jest tym większa im większa ilość badań zlecanych przez szpital.

Jednostkami zewnętrznymi prowadzącymi outsourcingi są najczęściej duże firmy prowadzące wiele laboratoriów (tzw. laboratoria sieciowe) i wykorzystują one kilka czynników umożliwiających obniżenie kosztu pojedynczego badania. Najbardziej oczywisty czynnik to niższe ceny zakupu wyposażenia, odczynników i materiałów zużywalnych uzyskiwane w negocjacjach z dostawcami przez laboratoria sieciowe w porównaniu ze szpitalem.

Niższe ceny uzyskiwane są w oparciu o wielkość zamówienia generowanego przez wszystkie laboratoria sieci, które wykonują wielokrotnie więcej badań niż jedno tylko laboratorium szpitala, więc mamy tu do czynienia, aby użyć prostego przykładu, z porównaniem zakupu hurtowego z detalicznym. Nie bez znaczenia dla negocjacji jest też to, że laboratoria zewnętrzne zazwyczaj regulują w terminie swoje zobowiązania względem dostawców, podczas gdy szpitale bardzo często mają problemy z terminowością płatności w związku z problemami z płynnością finansową.

Dodatkowym czynnikiem obniżającym koszty badań w outsourcingu jest niższa składowa kosztów stałych funkcjonowania laboratorium alokowana na jedno badanie, niż w przypadku własnego laboratorium szpitalnego. Istnieje wiele rodzajów kosztów, które musi ponieść każde laboratorium, niezależnie od swojej wielkości i ilości wykonywanych badań, np. koszty wdrożenia i utrzymania infrastruktury informatycznej (hardware i oprogramowanie wraz z kosztami wsparcia i rozwoju), koszty wdrożenia i utrzymywania systemu zapewnienia jakości, a w tym wewnątrz- i zewnątrzlaboratoryjnego systemu kontroli jakości analitycznej badań, koszty administracyjne i lokalowe.

Oznacza to, że każde laboratorium musi ponieść pewien „koszt wejścia” przy rozpoczęciu działania i ponosić miesięczne koszty stałe wsparcia funkcjonowania. Te koszty w mniejszym stopniu alokują się na każde pojedyncze badanie w przypadku większej ilości wykonywanych badań. Z biznesowego punktu widzenia laboratorium jest świetnym przykładem na to, jak ilość sprzedanych produktów (w tym przypadku wykonanych badań) obniża koszt pojedynczego produktu. Ponieważ laboratoria sieciowe, będące najczęściej operatorami laboratoryjnych szpitali w outsourcingu, umiejętnie zdobywają klientów zewnętrznych i w laboratorium szpitalnym wykonują badania zlecane nie tylko przez szpital, to wspomniane powyżej koszty stałe rozkładają się na wszystkie badania i obniżają koszt badań wykonywanych dla szpitala.  Z moich obserwacji wynika, że laboratoria pozostające w zarządzaniu szpitala nie osiągają takich sukcesów sprzedażowo-marketingowych jak laboratoria sieciowe, więc ilość wykonywanych przez własne laboratoria szpitala badań jest mniejsza, a więc koszt alokowany na badanie wyższy.

Dodatkowym czynnikiem obniżającym koszt pojedynczego badania w przypadku outsourcingu jest przeniesienie istniejącego know-how sieci laboratoriów do laboratorium szpitalnego i uzyskanie korzyści operacyjnych w zakresie efektywności pracy.

Ponad 100  mln zł na inwestycje w publicznych laboratoriach

Przedstawiciele laboratoriów aktywnych na polu outsourcingu w Polsce oszacowali swoje inwestycje infrastrukturalne w publiczną bazę szpitalną na przestrzeni ostatnich lat na kwotę przekraczającą 100 milionów zł.

Z dużą dozą pewności można powiedzieć, że budżetu publicznego nie było stać na te inwestycje i przerzucenie kosztów inwestycji na prywatne podmioty zewnętrzne przyniosło ogromne korzyści dla szpitali i pacjentów. Oczywiście te koszty inwestycji zostaną zwrócone przez szpital w postaci marży w cenie badania laboratoryjnego, ale po pierwsze, ta cena badania jest zazwyczaj i tak niższa niż koszt badania z własnego laboratorium, a po drugie jest to bardzo przyjazna forma kredytu udzielonego przez jednostkę zewnętrzną, na warunkach znacznie bardziej przyjaznych niż jakikolwiek kredyt bankowy.

Koszty wynagrodzeń są jednym z głównych składników kosztów funkcjonowania laboratorium i dyrekcja szpitala chętnie przyjmuje fakt przejęcia pracowników i kosztów ich wynagrodzeń przez jednostkę zewnętrzną. Zazwyczaj personel laboratorium szpitalnego jest przejmowany przez jednostkę zewnętrzną w całości i z zachowaniem gwarancji zatrudnienia i wynagrodzenia, zgodnie z artykułem 23(1) Kodeksu Pracy. W obecnej sytuacji w Polsce mamy niedobór zarówno diagnostów laboratoryjnych, a szczególnie specjalistów, jak i również techników i mówimy raczej o rynku pracownika niż pracodawcy. W związku z tym pracownicy laboratoriów nie powinni się obawiać bezrobocia. Oczywiście największe emocje budzi kwestia wynagrodzeń pracowników laboratoriów medycznych i panuje powszechne przekonanie o konieczności podwyżek, ale na zarobki narzekają zarówno pracownicy laboratoriów publicznych, jak i prywatnych, chociaż sytuacji różni się w zależności od regionu kraju, wielkości miasta i zagęszczenia populacji.

Mocnym dowodem na dobrą jakość i kompetencje laboratoriów prowadzących outsourcingu jest fakt, że prawie dziesięć z nich posiada akredytację Polskiego Centrum Akredytacji potwierdzającą spełnienie wymagań normy PN-EN ISO/IEC 15189, w porównaniu do tylko dwóch laboratoriów prowadzonych samodzielnie przez jednostki publiczne, aczkolwiek możliwe jest, że laboratoria publiczne nie starają się o akredytację z powodu braku środków finansowych na pokrycie kosztów procesu oceny (kilkanaście tysięcy PLN rocznie).

Podsumowując można stwierdzić, że nie ma jednoznacznych dowodów na wyższą jakość i kompetencje jednego z rodzajów laboratoriów (własne szpitalne vs. outsourcing), a jeżeli chcielibyśmy na siłę szukać dowodów to teoretycznie nieco lepiej wypadają laboratoria w outsourcingu (więcej akredytacji, nowe wyposażenie).

Ważna jest dobrze skonstruowana umowa

Ryzyka outsourcingu wynikają głównie ze źle skonstruowanej przez szpital specyfikacji wymagań do konkursu i źle sformułowanej umowy. Na szczęście widać na tym polu znaczną poprawę i umowy outsourcingowe podpisywane w ostatnich latach, a szczególnie przygotowywane przez duże szpitale, zawierają bardzo szczegółową specyfikację wymagań jakościowych obejmującą m.in. pełną listę badań laboratoryjnych wykonywanych dla szpitala wraz z oczekiwanymi czasami wykonania każdego z badań wraz z obligacją do wykonania tych badań w lokalizacji szpitala; wymóg akredytowania laboratorium w lokalizacji szpitala; wymogi dotyczące oczekiwanych kompetencji i kwalifikacji personelu laboratorium; wymogi dotyczące jakości wykonywanych badań, często z obligacją okazywania na żądanie szpitala wyników kontroli wewnątrz- i zewnątrzlaboratoryjnej; wymogi dotyczące sposobu nadzorowania badań POCT wykonywanych w szpitalu; wymogi związane z formą prowadzenia przez laboratorium dokumentacji, a w tym e-dokumentacji i raportowania wyników oraz wymaganych sprawozdań itp. Jeżeli do tych doprecyzowanych wymagań dołączone są opisane mechanizmy kontroli jakości świadczonych usług i zdefiniowane są kary umowne za niespełnienie wymagań, to szpital ma skuteczne narzędzia do wyegzekwowania od usługodawcy wymaganej jakości usługi.

Często słyszę przewijające się w różnych rozmowach stwierdzenie, że własne laboratorium szpitala jest lepsze, bo komunikacja wewnętrzna pomiędzy klinicystami i laboratorium jest bardziej skuteczna niż komunikacja pomiędzy klinicystami, a laboratorium prowadzonym przez firmę zewnętrzną.

To stwierdzenie nie musi być prawdziwe z kilku powodów. Po pierwsze najczęściej po outsourcingu pracują w laboratorium te same osoby co przed outsourcingiem i relacje pracowników laboratorium z klinicystami nie zmieniają się. Po drugie szpital ma pełne prawo i powinien zdefiniować w kontrakcie zasady komunikacji i wsparcia klinicystów przez laboratorium, które mogą być podobne, a nawet tożsame z zasadami funkcjonującymi przed outsourcingiem.

Widziałem wiele przykładów doskonałej współpracy pomiędzy laboratorium a klinicystami i widziałem też wiele szpitali, gdzie laboratorium i jego pracownicy nie byli traktowani partnersko przez klinicystów, ale nie zależało to od statusu laboratorium (własne lub outsourcing), ale raczej od sposobu zarządzania szpitalem przez dyrekcję, nastawienia klinicystów do laboratorium oraz kompetencji pracowników laboratorium i ich gotowości do współpracy.

Wiele zasad współpracy pomiędzy klinicystami a laboratorium, niezależnie od swego statusu, powinno zostać zdefiniowanych, opisanych i egzekwowanych, a to wymaga gotowości wszystkich stron: klinicystów, laboratorium i dyrekcji. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby w sposób jasny opisać: kto z kim i w jaki sposób może się komunikować oraz jak wspólnie rozwiązywać potencjalne problemy kliniczne i operacyjne.

Wsparcie laboratorium powinno obejmować pomoc w rozwiązywaniu codziennych problemów (wsparcie dla klinicystów przy interpretowaniu wyników badań, ale też odpowiedź na najprostsze pytania np. kiedy będzie dostępny wynik), ale także szkolenia organizowane przez laboratorium dla pracowników oddziałów klinicznych (lekarzy i pielęgniarek) związane np. z fazą przedanalityczną badania i wybranymi problemami diagnostyki laboratoryjnej, oraz formalny wymóg uczestnictwa dedykowanych pracowników laboratorium w pracach np. komitetu ds. zakażeń szpitalnych, komitetu ds. badań POCT oraz ustalenie regularnych spotkań z klinicystami w celu omówienia bieżących problemów i ustalenia wspólnych rozwiązań i planów np. w ramach spotkań ordynatorów. Takie wsparcie jest możliwe zawsze, jeżeli dyrekcja szpitala w sposób świadomy zdefiniuje taką potrzebę i ustali odpowiednie procedury.

Inne artykuły

DIAGNOSTYKA S.A. z tytułem Orła ESG

Autor: Medycyna Prywatna
Dodano: 28.04.2026

Podczas XVIII Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach odbyła się gala Orły ESG, organizowana przez „Rzeczpospolitą” i serwis rp.pl. Już po raz czwarty wyróżniono firmy i instytucje, które w swojej działalności skutecznie łączą rozwój biznesowy z troską o środowisko, odpowiedzialnością społeczną oraz wysokimi standardami zarządzania. Nagrody trafiły do przedsiębiorstw wyznaczających kierunki zmian w obszarze zrównoważonego rozwoju, ochrony klimatu i zielonej transformacji. Jednym z laureatów została firma DIAGNOSTYKA S.A.

Galę otworzył Marcin Piasecki, redaktor zarządzający „Rzeczpospolitej”, podkreślając zaangażowanie redakcji w tematykę ESG.

– Mamy pełną świadomość, że działania na rzecz zrównoważonego rozwoju, bezemisyjności i zielonej transformacji stanowią podstawowe wyzwanie dla biznesu. Chcemy te działania wspierać. Orły ESG to nasz sposób na docenianie osiągnięć firm w zakresie realizowanych projektów – mówił.

Redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” Michał Szułdrzyński zaznaczył z kolei, że niezależnie od toczących się debat i sporów kierunek zmian gospodarczych jest nieunikniony.

– Wszyscy chcemy żyć w bardziej zielonych miejscach, zdrowszych miastach. Dlatego nagradzamy firmy, które zmieniają się w sposób rozsądny, zrównoważony i odpowiedzialny. Wierzymy, że zrównoważony rozwój po prostu ma sens – podkreślił.

Nagrody i wyróżnienia

Pierwsza z głównych nagród – Orzeł ESG – trafiła do Diagnostyki S.A. Kapituła wskazała, że firma skutecznie łączy rozwój biznesowy z odpowiedzialnością społeczną i środowiskową, inwestując m.in. w badania DNA, sztuczną inteligencję oraz rozwiązania wspierające wczesne wykrywanie nowotworów.

Nagrodę odebrała Barbara Kopeć, pełnomocniczka zarządu ds. zarządzania projektami i ESG.

– Sprawa zrównoważonego rozwoju jest w centrum strategii naszej firmy. Nasze myślenie o środowisku to przede wszystkim myślenie o profilaktyce – o tym, żeby wcześnie wykrywać choroby, badać się i nie trafiać zbyt szybko do szpitala. Zdrowie jest eko. Profilaktyka jest eko – podkreśliła.

Jak dodała, najważniejszym wymiarem ESG dla Diagnostyki pozostaje troska o ludzi – zarówno pracowników, jak i pacjentów.

– Bardzo serdecznie dziękujemy, że ten wysiłek i nasze efekty zostały dostrzeżone przez kapitułę – zaznaczyła.

Ocenialiśmy rezultaty

Tegoroczna edycja była już czwartą odsłoną konkursu Orły ESG organizowanego przez „Rzeczpospolitą”. Analiza raportów niefinansowych pokazuje, że wiele firm odrobiło swoją lekcję, wzbogacając sprawozdania o bardziej merytoryczne treści oraz konkretne dane wskaźnikowe. Jednocześnie zauważalne jest, że część przedsiębiorstw zrezygnowała z publikacji raportów.

Choć ostateczne decyzje kapituły nie zawsze były oczywiste, każdorazowo znajdowały potwierdzenie w twardych danych dotyczących kwestii klimatycznych, ekonomicznych i społecznych. Orzeł ESG jest więc wyróżnieniem dla organizacji, których działania realnie wpływają na zmianę otoczenia w kierunku nowoczesnej, odpowiedzialnej i zrównoważonej gospodarki.

Ranking oparto na siedmiu kluczowych wskaźnikach. Oceniano: kwestie klimatyczne, brak dyskryminacji płacowej, sprawiedliwe wynagrodzenia, bezpieczeństwo pracowników, poszanowanie praw konsumentów i zasad wolnego rynku, bezpieczeństwo środowiskowe oraz podejście do podatków.

Wyselekcjonowane i rekomendowane przez redakcję firmy trafiły następnie pod obrady kapituły konkursu, która miała decydujący głos w wyborze laureatów.

ORŁY ESG „RZECZPOSPOLITEJ” 2025

DIAGNOSTYKA S.A.

Została nagrodzona za połączenie dynamicznego rozwoju biznesu z odpowiedzialnością społeczną, środowiskową i wysokimi standardami zarządzania. Firma inwestuje w innowacje, rozwijając badania DNA, testy genetyczne WES i WGS oraz narzędzia sztucznej inteligencji wspierające wykrywanie nowotworów. ESG realizuje także poprzez zwiększanie dostępu do badań, edukację zdrowotną i budowanie różnorodnego środowiska pracy, w którym kobiety stanowią większość zespołu oraz kadry menedżerskiej.

Serdecznie gratulujemy!

Przeczytaj teraz

Te badania dzielą Polaków. Młodzi nie robią ich wcale, mężczyźni czekają na objawy [RAPORT]

Autor: Medycyna Prywatna
Dodano: 27.04.2026

Jedni badają się z kalendarzem w ręku, inni idą dopiero wtedy, gdy coś zaczyna boleć. Premierowy raport enel-med „Badanie, które daje czas” pokazuje, że jak Polska długa i szeroka, jesteśmy podzieleni, jeśli chodzi o profilaktykę onkologiczną. 27% Polaków unika jej jak ognia, 28% odkłada na później, 24% bada się tylko wtedy, gdy zaleci to lekarz, a zaledwie 21% badania planuje z kalendarzem. Największe białe plamy widać dziś wśród młodych osób i mężczyzn: aż 46% osób w wieku 18-24 lata nie wykonuje badań onkologicznych wcale, a regularnie bada się tylko 16% mężczyzn wobec 25% kobiet.

W praktyce klinicznej widzimy, że świadomość pacjentów jest coraz wyższa, ale sama wiedza nie tworzy nawyku. Największą barierą bywa logistyka: terminy, skierowania i brak jasnego planu badań. Jeśli pacjent wychodzi z gabinetu z konkretną rekomendacją i od razu ma zaproponowany termin, prawdopodobieństwo wykonania badania rośnie wielokrotnie. Dlatego tak ważne są rozwiązania koordynowane i „jedno miejsce-jeden proces”, co umożliwia na przykład Centrum Zdrowia i Profilaktyki Onkologicznej. Wczesna diagnostyka faktycznie zmienia rokowanie, ale musi być osiągalna w codzienności – mówi dr hab. n. med. Katarzyna Dobruch-Sobczak, radiolog i konsultant medyczny Centrum Zdrowia i Profilaktyki Onkologicznej enel-med.

Cztery twarze profilaktyki

W raporcie enel-med „Badanie, które daje czas” zostały wytypowane cztery postawy pacjentów różniących się między sobą podejściem do wykonywania badań w kierunku chorób onkologicznych oraz ich krótkie charakterystyki wraz z kluczowymi barierami i motywatorami (szczegółowa segmentacja i jej metodyka jest opisana w raporcie).

Pierwszą grupę stanowią tzw. unikający. 27% Polaków nigdy nie wykonywało badań w kierunku chorób onkologicznych i wychodzi z założenia, że ich ten temat to nie dotyczy. W tej grupie jest najwięcej osób młodych (46% osób w wieku 18-24 lata), mieszkańców wsi (32%) i osób z wykształceniem podstawowym lub zawodowym (33%). To właśnie oni najczęściej w ogóle nie wykonują badań onkologicznych, mają najniższą wiedzę o profilaktyce i najczęściej zatrzymują się na przekonaniu, że skoro nic nie boli, nie ma tematu.

Druga grupa to odkładacze (28% badanych). To osoby, które nie negują sensu profilaktyki, ale ciągle przesuwają ją na później. W tej grupie nadreprezentowani są mężczyźni (32%). Obok braku objawów mocno działają tu też koszty i lęk przed diagnozą. To właśnie ta postawa najlepiej pokazuje, że problemem nie jest tylko brak wiedzy, ale także odwlekanie decyzji zdrowotnych mimo świadomości ryzyka.

Trzecia grupa to osoby zależne od lekarza, znajduje się w niej co czwarty Polak (24%). Oni badają się przede wszystkim wtedy, gdy usłyszą wyraźne zalecenie w gabinecie. Ta postawa częściej występuje wśród osób 55+ (31%). To ważny sygnał, że dla dużej części pacjentów lekarz wciąż pozostaje przełącznikiem, który uruchamia działanie. Bez konkretnej rekomendacji i prostego planu badań profilaktyka schodzi na dalszy plan.

Najmniej liczną, niestety, grupą są tzw. planerzy, czyli osoby, które planują i robią badania regularnie, najlepiej orientują się w profilaktyce i najrzadziej odkładają zdrowie na później. Takich planerów mamy 21% w naszej populacji. Częściej są to kobiety niż mężczyźni (25% vs. 16%), a także osoby po 55. roku życia (27%). To właśnie ten segment pokazuje, że profilaktyka działa najlepiej wtedy, gdy staje się nawykiem, a nie reakcją na objawy.

Młodzi i mężczyźni białymi plamami

Wyniki badania enel-med „Badanie, które daje czas” pokazują, że wejście w dorosłość nie oznacza jeszcze wejścia w profilaktykę, bo najbardziej niepokojąco wypadają dziś młodzi dorośli. W grupie 18-24 lata aż 46% osób zadeklarowało, że nigdy nie wykonało badań onkologicznych. To także grupa najbardziej zagubiona: 38% młodych mówi wprost, że nie wie, jakie badania pozwalają wykrywać najczęstsze nowotwory.

Drugą dużą białą plamą profilaktyki onkologicznej są mężczyźni. Regularnie bada się tylko 16% z nich, a 29% nie wykonuje badań onkologicznych w ogóle. Różnice nie dotyczą wyłącznie nastawienia, ale też wejścia w nawyk profilaktyki ogólnej. Mężczyźni częściej wykonują badania dopiero „gdy coś się dzieje”. 36% z nich decyduje się na wizytę u specjalisty np. urologa czy kardiologa dopiero wtedy, gdy pojawią się niepokojące objawy zdrowotne. Wśród kobiet ten odsetek jest niższy i wynosi 26%. Częściej wskazują także brak wiedzy o profilaktyce nowotworowej jako barierę badań (18% vs. 11% wśród kobiet).

Profilaktyka chorób nowotworowych u mężczyzn to obszar, w którym konsekwencje zwlekania są szczególnie wyraźne. W Polsce rak prostaty jest jednym z najczęściej rozpoznawanych nowotworów złośliwych u mężczyzn, co rok rozpoznaje się go u ponad 20 tys. z nich, a choroba ta odpowiada za ok. 5,5 tys. zgonów rocznie, co stanowi znaczną część wszystkich przypadków onkologicznych w tej grupie. Wciąż zbyt wielu mężczyzn trafia do lekarza dopiero wtedy, gdy choroba jest już zaawansowana i stała się powodem dolegliwości, co ogranicza skuteczność leczenia i pogarsza rokowanie. Dlatego kluczowe jest upraszczanie komunikatów i tworzenie łatwych ścieżek dostępu do badań, które nie wymagają wielu wizyt, decyzji czy dużej ilości czasu. Rekomendacja lekarza, programy profilaktyczne w miejscu pracy oraz jasna informacja o tym, co, kiedy i gdzie należy zrobić, mogą przełamać opór przed wejściem w system profilaktyki. Mężczyzna powinien mieć poczucie, że wykonanie badania jest proste, zrozumiałe i możliwe do wkomponowania w codzienne życie, ponieważ wcześniejsze wykrycie nowotworu często daje znacznie większe szanse na pełne wyleczenie – podsumowuje prof. dr hab. n. med. Jakub Dobruch Urolog i konsultant medyczny Centrum Zdrowia i Profilaktyki Onkologicznej enel-med.

Raport enel-med. „Badanie, które daje czas” jest dostępny tutaj.

Przeczytaj teraz

Czy płodność mamy zapisaną w DNA?

Autor: Medycyna Prywatna
Dodano: 25.04.2026

Czy o tym, kiedy i czy w ogóle zostaniemy rodzicami, decydują nasze geny? Ile w płodności jest biologicznego „planu”, a ile czynników, które możemy kontrolować? Z okazji Dnia DNA, obchodzonego 25 kwietnia, eksperci przypominają, jak duży wpływ na zdolności rozrodcze człowieka ma zapisany w naszych komórkach kod genetyczny.

Płodność człowieka w dużym stopniu zależy od uwarunkowań genetycznych. Szacuje się, że różnego rodzaju zmiany genetyczne w chromosomach występują u 15-35% niepłodnych kobiet oraz u 5-15% niepłodnych mężczyzn. Mogą to być zarówno nieprawidłowości w liczbie lub budowie chromosomów, jak i zmiany w pojedynczych genach.

Z perspektywy klinicznej widzimy, że czynniki genetyczne stanowią jeden z fundamentów zdolności rozrodczych człowieka. Obejmują one zarówno klasyczne aberracje chromosomowe, jak i subtelniejsze zmiany molekularne, które wpływają na dojrzewanie komórek jajowych czy proces implantacji zarodka. Co istotne, wiele z tych nieprawidłowości przez długi czas pozostaje bezobjawowych i ujawnia się dopiero na etapie diagnostyki niepłodności – wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Piotr Węgrzyn, specjalista położnictwa i ginekologii, endokrynologii ginekologicznej i rozrodczości, perinatologii i genetyki klinicznej w Gyncentrum.

Ekspert podkreśla również, że szczególne znaczenie mają predyspozycje do przedwczesnego spadku płodności.

– W praktyce coraz częściej obserwujemy pacjentki z genetycznie uwarunkowanym przedwczesnym wygasaniem funkcji jajników. Mutacje te mogą prowadzić do przyspieszonego wyczerpywania rezerwy jajnikowej, co znacząco skraca okno reprodukcyjne kobiety. To pokazuje, jak istotna jest wczesna identyfikacja ryzyka i odpowiednie planowanie rozrodu – dodaje profesor Węgrzyn z Gyncentrum.

Światowy Dzień DNA upamiętnia jedno z najważniejszych odkryć w historii nauki – rozszyfrowanie struktury podwójnej helisy DNA w 1953 roku przez Jamesa Watsona, Francisa Cricka i Rosalind Franklin.

Różne oblicza niepłodności genetycznej

Podłoże genetyczne niepłodności różni się u kobiet i mężczyzn. U mężczyzn najczęściej chodzi o zaburzenia, które wpływają na produkcję plemników – mogą to być nieprawidłowości w chromosomach płciowych, zmiany w chromosomie Y albo mutacje genów odpowiedzialnych za budowę układu rozrodczego. Z kolei u kobiet problemy genetyczne najczęściej dotyczą chromosomu X lub genów odpowiadających za pracę jajników, co może prowadzić do ich przedwczesnego wygasania, a także zwiększać ryzyko poronień. Niektóre zmiany genetyczne mogą być dziedziczone i pozostawać niewidoczne przez pokolenia, ujawniając się dopiero w kontekście problemów z zajściem w ciążę.

Czy styl życia ma znaczenie?

Choć genów nie możemy zmienić, nie oznacza to, że jesteśmy całkowicie „zaprogramowani”. Wiele zależy od tego, jak dbamy o zdrowie na co dzień – styl życia może wpływać na funkcjonowanie układu rozrodczego i częściowo łagodzić skutki niektórych predyspozycji.

Czynniki środowiskowe nie modyfikują samego zapisu genetycznego, ale mają realny wpływ na geny oraz ogólną kondycję układu rozrodczego. Odpowiednia masa ciała, zbilansowana dieta, aktywność fizyczna czy ograniczenie ekspozycji na toksyny środowiskowe mogą poprawiać parametry nasienia czy funkcjonowanie osi hormonalnej u kobiet. W tym sensie styl życia nie zmienia genów, ale może modulować ich efekt kliniczny – podkreśla prof. dr hab. n. med. Piotr Węgrzyn, specjalista położnictwa i ginekologii, endokrynologii ginekologicznej i rozrodczości, perinatologii i genetyki klinicznej w Gyncentrum.

Diagnostyka genetyczna – klucz do odpowiedzi

W sytuacjach, gdy standardowe badania nie wyjaśniają przyczyn niepłodności, diagnostyka genetyczna staje się kluczowym narzędziem. Pozwala ona nie tylko na identyfikację konkretnych zmian w DNA, ale również na precyzyjne oszacowanie ryzyka ich przekazania potomstwu oraz dobór optymalnej strategii leczenia.

– Współczesna genetyka reprodukcyjna daje nam możliwość przejścia od diagnostyki objawowej do diagnostyki przyczynowej. Dzięki badaniom jesteśmy w stanie dokładniej zrozumieć mechanizm niepłodności, co bezpośrednio przekłada się na skuteczność leczenia – zaznacza ekspert.

PGT – szansa na zdrowe potomstwo?

Diagnostyka genetyczna zarodków (PGT – z ang. preimplantation genetic testing) to nowoczesne badania wykonywane przed transferem zarodka w procedurze in vitro. Pozwalają ocenić materiał genetyczny zarodka i wybrać ten o największym potencjale rozwojowym, co zwiększa szanse na implantację i zdrową ciążę, a jednocześnie ogranicza ryzyko wad genetycznych.

W zależności od wskazań stosuje się różne typy badań PGT:

  • PGT-A – wykrywa aneuploidie (nieprawidłową liczbę chromosomów), np. Zespół Downa, Zespół Edwardsa czy Zespół Pataua,
  • PGT-M – to diagnostyka celowana chorób monogenowych, takich jak mukowiscydoza, hemofilia, choroba Huntingtona, rdzeniowy zanik mięśni (SMA),
  • PGT-SR – wykrywa rearanżacje strukturalne chromosomów, np. translokacje i delecje.

Badanie to rekomendujemy przede wszystkim w określonych sytuacjach klinicznych – u pacjentek w zaawansowanym wieku rozrodczym, przy nawracających poronieniach, historii urodzeń dziecka z chorobą genetyczną, przy powtarzających się niepowodzeniach implantacji czy w przypadku stwierdzonych obciążeń genetycznych u jednego z partnerów. Należy pamiętać, że PGT nie zastępuje badań prenatalnych, ale pozwala znacząco ograniczyć ryzyko już na bardzo wczesnym etapie – wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Piotr Węgrzyn, specjalista położnictwa i ginekologii, endokrynologii ginekologicznej i rozrodczości, perinatologii i genetyki klinicznej w Gyncentrum.

Dzięki takim rozwiązaniom medycyna coraz częściej daje odpowiedzi tam, gdzie jeszcze niedawno ich brakowało. Rosnąca świadomość znaczenia genetyki sprawia, że pacjenci mogą wcześniej diagnozować potencjalne problemy i podejmować bardziej świadome decyzje dotyczące rodzicielstwa. Dzień DNA to dobry moment, by przypomnieć, że wiedza zapisana w naszych genach może stać się nie tylko wyjaśnieniem trudności, ale też realną szansą na ich przezwyciężenie.

Przeczytaj teraz

NFZ wydłużył kolejki do badań. Na gastroskopię trzeba czekać o 9 miesięcy dłużej, na kolonoskopię nawet o 2 lata

Autor: Medycyna Prywatna
Dodano: 24.04.2026

Już po kilkunastu dniach od wejścia w życie nowych zasad rozliczania przez NFZ nadwykonań w ambulatoryjnej diagnostyce widać pierwsze, negatywne efekty: badania przesuwają się o miesiące, a pacjenci słyszą o nowych terminach realizacji świadczeń. Z danych enel-med wynika, że czas oczekiwania na gastroskopię na NFZ wydłużył się o 7-9 miesięcy, na kolonoskopię o rok, a miejscami nawet o blisko dwa lata. Rezonans magnetyczny, na który wcześniej czekało się ok. 2-4 tygodni, dziś w części lokalizacji oznacza oczekiwanie od półtora do nawet trzech miesięcy.

– Dziś nie mówimy już o hipotetycznym ryzyku, ale o realnym skutku zmian, który widać niemal natychmiast: badania przesuwają się o kolejne miesiące, kolejki rosną, a pacjenci tracą szansę na szybką diagnostykę. W przypadku gastroskopii, kolonoskopii czy rezonansu nie chodzi o wygodę, ale o czas do rozpoznania choroby. Rozumiemy potrzebę szukania przez NFZ rozwiązań stabilizujących finanse systemu, ale w ambulatoryjnej diagnostyce specjalistycznej każda decyzja dotycząca ograniczenia budżetu niemal natychmiast przekłada się na dostępność świadczeń. Dla pacjenta nie jest to abstrakcyjny spór o model finansowania, ale bardzo konkretne pytanie: czy usłyszę diagnozę odpowiednio wcześnie, by mieć realną szansę na szybkie leczenie. Dlatego jako enel-med idziemy w przeciwnym kierunku: inwestujemy w profilaktykę, diagnostykę i rozwiązania, które skracają ścieżkę pacjenta, zamiast ją wydłużać – mówi Jacek Rozwadowski, prezes zarządu enel-med.

Badania uciekają pacjentom o miesiące, a nawet o lata

Z wewnętrznych danych enel-med wynika, że gastroskopia na NFZ, która przed zmianami była dostępna na przykład na grudzień 2026 r., po zmianach przesunęła się na lipiec czy nawet wrzesień 2027 r. Jeszcze wyraźniej widać to w przypadku kolonoskopii: termin NFZ, który wcześniej przypadał na grudzień 2026 r., przesunął się już na listopad 2027 r., a w części placówek nawet na październik 2028 r. Zmiany objęły także rezonans magnetyczny: w Warszawie czas oczekiwania na NFZ wydłużył się z dwóch tygodni do półtora miesiąca, a w Katowicach i Gdańsku z miesiąca do trzech miesięcy. Warto podkreślić, że niekorzystne zmiany dotyczą tylko badań objętych finansowaniem NFZ, w przypadku usług komercyjnych (pełnopłatnych) czas oczekiwania jest inny.

Polacy wiedzą, że te badania mogą ratować życie

To szczególnie niepokojące, bo właśnie kolonoskopia, gastroskopia i rezonans magnetyczny znajdują się wśród najczęściej wskazywanych przez Polaków badań, które pomagają wykrywać nowotwory. Jednocześnie z raportu enel-med „Badanie, które daje czas” wynika, że kolonoskopię i gastroskopię wykonało już po 27 proc. Polaków, a rezonans magnetyczny 43 proc. badanych. Sami pacjenci wiedzą więc, jak ważna jest szybka diagnostyka, ale system właśnie ją oddala.

– Widzimy też bardzo wyraźnie, że sama świadomość nie wystarczy. Polacy wiedzą, że profilaktyka daje szansę na wcześniejsze wykrycie choroby, ale często przegrywa ona z brakiem czasu, obowiązkami i barierami organizacyjnymi. Tworząc Centrum Zdrowia i Profilaktyki Onkologicznej zależało nam, aby pacjent nie zostawał sam z wynikiem, skierowaniem czy listą zaleceń, ale miał uporządkowaną ścieżkę postępowania: od diagnostyki, przez konsultacje, aż po kolejne decyzje medyczne. Bo poczucie bezpieczeństwa dają przewidywalność procesu i przekonanie, że diagnostyka wydarzy się na czas – mówi Jacek Rozwadowski.

Mniej znaczy dłużej

Nowe zasady NFZ dotyczą rozliczania badań wykonanych ponad wartość kontraktu. W praktyce oznaczają one częściowe finansowanie nadwykonań w endoskopii i diagnostyce obrazowej, co bezpośrednio przekłada się na dostępność świadczeń. W ocenie enel-med ograniczanie finansowania na etapie profilaktyki i wczesnej diagnostyki oznacza dłuższe kolejki do badań, późniejsze rozpoznania i większą niepewność po stronie pacjentów. Tymczasem to właśnie szybka diagnostyka jest jednym z najważniejszych warunków skutecznego leczenia i realnego bezpieczeństwa zdrowotnego.

Przeczytaj teraz

Wszyscy biegają, wielu robi to źle. Moda na bieganie krzywdzi wielu Polaków. Fizjoterapeuta wyjaśnia dlaczego

Autor: Medycyna Prywatna
Dodano: 21.04.2026

Biegać każdy może trochę lepiej lub trochę gorzej… Wystarczy założyć buty i ruszyć przed siebie. Problem zaczyna się wtedy, gdy z okazjonalnego truchtu przechodzi w regularny trening, przygotowania do półmaratonu czy start w nowych formatach łączących bieganie z wysiłkiem funkcjonalnym, takich jak HYROX. Wtedy wychodzi na jaw, że wielu amatorów popełnia te same błędy: dokłada obciążenia zbyt szybko, pomija trening siłowy, ignoruje ból i traktuje instagramowe wskazówki m.in. taping czy wkładki jak gotowe rozwiązanie. Fizjoterapeuta enel-sport zdradza, jakie błędy amatorzy popełniają najczęściej i dlaczego w bieganiu samo „więcej” wcale nie znaczy lepiej.

Samo bieganie nie jest problemem. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś chce zbyt szybko wejść na wyższy poziom, a organizm nie jest na to gotowy. W gabinecie regularnie widzimy pacjentów, którzy trafiają do nas nie dlatego, że biegają, ale dlatego, że robią to bez planu, bez przygotowania i mimo sygnałów ostrzegawczych. Bardzo często schemat wygląda podobnie: najpierw jest duża motywacja, potem dokładanie kilometrów, tempo, start zapisany na zawody, a na końcu pojawia się ból, który przez długi czas jest ignorowany. Wielu osobom wydaje się, że bieganie to tak naturalna aktywność, że nie da się go robić źle. A właśnie przy regularnym bieganiu błędy wychodzą bardzo szybko i mogą skończyć się przeciążeniem – mówi Remigiusz Rzepka, fizjoterapeuta enel-sport.

10 błędów, które najczęściej popełniają amatorzy biegania

1. Za dużo, za szybko

To jeden z najczęstszych błędów u osób, które wkręcają się w bieganie. Na początku motywacja jest duża, więc rośnie liczba treningów, dystans i tempo, ale organizm nie nadąża z adaptacją. Tkanki potrzebują czasu, żeby przyzwyczaić się do nowych obciążeń. Jeśli ktoś przyspiesza za szybko, zwykle prędzej czy później może pojawić się przeciążenie.

2. Ból musi być

Wielu biegaczy uważa, że skoro trening ma być wymagający, to ból jest czymś normalnym. Tymczasem zmęczenie mięśni po wysiłku to jedno, a ból, który wraca przy kolejnych biegach albo pojawia się po wejściu po schodach, to już co innego. Organizm bardzo rzadko wysyła takie sygnały bez powodu. Ignorowanie ich zwykle nie buduje formy, tylko wydłuża drogę do specjalisty.

3. Jak biegam, to nie muszę robić siły

To mit, który bardzo szybko mści się u amatorów. Samo bieganie nie wzmacnia wszystkiego, czego potrzebuje ciało, żeby dobrze znosić regularne obciążenia. Bez pracy nad pośladkami, stabilizacją bioder, łydkami i tułowiem trudniej utrzymać dobrą kontrolę ruchu, a wtedy stawy i ścięgna dostają większe obciążenie, niż powinny. Bieganie bez siły to bardzo często prosta droga do przeciążenia.

4. Weekendowy zryw

W tygodniu mało ruchu, a w weekend nagle 10 kilometrów, mocny trening albo start. Takie podejście wygląda ambitnie, ale dla organizmu jest po prostu nierówne i trudne do udźwignięcia. Ciało dużo lepiej znosi regularność niż jednorazowe zrywy. W bieganiu naprawdę więcej daje systematyczność niż jeden bohaterski trening raz na kilka dni.

5. Rozgrzewka? Szkoda czasu

To bardzo częsty błąd, zwłaszcza u osób, które chcą po prostu szybko wyjść i odhaczyć trening. Tymczasem kilka minut rozgrzewki może wyraźnie poprawić jakość biegu i zmniejszyć ryzyko problemów, szczególnie jeśli ktoś spędza cały dzień przy biurku albo wychodzi biegać rano, kiedy ciało jest jeszcze sztywne. Rozgrzewka nie musi być długa, ale powinna przygotować stawy, mięśnie i układ nerwowy do pracy.

Rozgrzewka jest ważna nie dlatego, że tak wypada, tylko dlatego, że realnie przygotowuje ciało do wysiłku. Kilka minut ruchu, aktywacji i spokojnego wejścia w tempo naprawdę robi różnicę. Gdy ktoś od razu rusza mocno, organizm pracuje gorzej, a technika biegu częściej się rozsypuje już od pierwszych minut – mówi Remigiusz Rzepka, fizjoterapeuta enel-sport.

6. Leczenie z TikToka

Boli kolano albo piszczel, więc internet podpowiada szybkie rozwiązanie: rolka, taśma, dwa ćwiczenia i można wracać na trasę. Problem w tym, że podobne objawy mogą wynikać z zupełnie różnych przyczyn. To, co pomogło jednej osobie, u innej może niczego nie zmienić albo wręcz pogorszyć sprawę. Leczenie z internetu daje poczucie kontroli, ale często tylko opóźnia właściwą diagnozę.

7. Taping zamiast terapii

Taping bywa pomocny, ale nie jest cudownym rozwiązaniem. Może zmniejszyć dyskomfort, poprawić czucie ruchu albo dać chwilowe wsparcie, ale nie usuwa przyczyny przeciążenia. Jeśli ktoś liczy, że sama taśma naprawi kolano czy łydkę, to zwykle się rozczaruje. Co więcej, to nie jest plaster, który samemu można nakleić jakkolwiek i oczekiwać efektu. Warto skonsultować to ze specjalistą, który wie, czy, kiedy i jaki taping zastosować.

8. Wkładki i buty na wszystko

Wielu amatorów szuka prostego rozwiązania: lepsze buty, specjalne wkładki i problem z głowy. Tyle że wkładki nie są dla każdego, a ich dobór powinien wynikać z konkretnej oceny funkcjonalnej, a nie z mody albo porady na wszelki wypadek. To samo z butami, nawet bardzo dobre obuwie nie naprawi przeciążenia, jeśli problem leży w technice, sile albo źle prowadzonym treningu. Obserwujemy trend kupowania butów poprawiających wynik w biegu ze względu na podwyższoną sprężystość podeszwy myśląc że to nas zwalania z budowania naturalnej adaptacji treningowej.

Taping i wkładki mogą być wartościowym wsparciem, ale pod warunkiem, że są dobrze dobrane. To nie są uniwersalne narzędzia dla każdego biegacza i nie powinny być stosowane na chybił trafił. Najpierw trzeba wiedzieć, z czego wynika problem, a dopiero później decydować, czy w ogóle takie wsparcie ma sens i jak powinno wyglądać – podkreśla Remigiusz Rzepka, fizjoterapeuta enel-sport.

9. Masaż zamiast regeneracji

Masaż może przynieść ulgę, rozluźnić tkanki i poprawić samopoczucie po treningu, ale nie zastąpi regeneracji. Jeśli ktoś śpi za mało, biega mimo zmęczenia, nie planuje odpoczynku i stale dokłada organizmowi pracy, to jeden zabieg niczego nie załatwi. Regeneracja nie dzieje się na stole do masażu raz na dwa tygodnie. Ona jest potrzebna każdego dnia.

10. Za późno do specjalisty

To błąd, który zwykle sporo kosztuje. Wielu biegaczy przez długi czas liczy, że ból sam przejdzie, więc zmieniają buty, robią kilka dni przerwy, wracają do treningów i znowu trafiają w to samo miejsce. A problem narasta. Im dłużej takie objawy są ignorowane, tym większa szansa, że zamiast drobnej korekty obciążeń potrzebna będzie pełna diagnostyka i dłuższe leczenie.

Pacjenci bardzo często trafiają do ortopedy dopiero wtedy, gdy sprawa jest już naprawdę zaawansowana. Przychodzą po tygodniach albo miesiącach bólu, po nieudanych próbach leczenia na własną rękę, czasem już z wyraźnym ograniczeniem aktywności. Tymczasem ból kolana u biegacza nie zawsze oznacza to samo. U jednych wystarczy rehabilitacja i zmiana obciążeń, u innych potrzebna jest dokładniejsza diagnostyka i konkretne leczenie. Co ważne, nawet w przypadku poważniejszych urazów jak zerwanie wiązadeł w kolanie, nie zawsze musimy myśleć o operacji. Obecnie sa dostępne mniej inwazyjne zabiegi, jak na przykład cross bracing, który pozwala na leczenie określonych przypadków w sposób zachowawczy, bez leczenia chirurgicznego. Im wcześniej biegacz zgłosi się po pomoc, tym większa szansa, że uda się zatrzymać problem zanim wyłączy go z aktywności na dłużej – mówi lek. Rafał Mikusek, specjalista ortopedii i traumatologii narządu ruchu enel-med.

Przeczytaj teraz

Spotkanie Forum Medycyny Laboratoryjnej

Autor: Medycyna Prywatna
Dodano: 15.04.2026

14 kwietnia 2026 r. zorganizowaliśmy spotkanie Forum Medycyny Laboratoryjnej, któremu przewodniczy Barbara Kopeć – Wiceprezes Zarządu Pracodawców Medycyny Prywatnej (PMP). Dyskusję z udziałem ekspertów poprowadził Dr Tomasz Anyszek.

Spotkanie poświęcone było podsumowaniu aktywności związanych z wdrażaniem rekomendacji dla Ministerstwa Zdrowia w obszarze działań prowadzących do stałego podnoszenia jakości w medycznych laboratoriach diagnostycznych.

Była to dobra okazja, żeby sprawdzić, co udało się osiągnąć przez ostatnie dwa lata od momentu ich wypracowania oraz gdzie nadal są przestrzenie do dalszej pracy. Dyskusja dotyczyła zarówno efektów dotychczasowych działań, jak i potrzeby aktualizacji części rekomendacji oraz wskazania nowych kierunków rozwoju.

Takie spotkania pokazują, że rozwój jakości w diagnostyce laboratoryjnej to proces ciągły, który wymaga współpracy całego środowiska i regularnej weryfikacji przyjętych założeń.

Przeczytaj teraz